Wiedziała i gdzieś w głębi jej samej wewnętrzny głos podpowiadał, aby odwróciła wzrok. Nie mogła jednak posłuchać go, gdy oni wyglądali tak słodko i uroczo, że aż oczy same się śmiały na ich widok. Spojrzała się kątem oka na Keyli, która z otwartą buzią i gwiazdkami w ślepkach wierciła się w miejscu co chwilę dając jakiś tekst typu "jakie to słoodkiee".
- Keyli, daj już spokój... - Szturchnęła blondynkę w ramię. - Niech pobędą trochę razem, sam na sam. Pewnie chcą tego. - Rianna posłała jej delikatny uśmiech. Niebieskooka westchnęła ciężko, ocierając udawaną łezkę.
- No diobrze, mamusiu. - Zaśmiała się cicho. - Ja idę do sklepu, posprzedawać chlebem. Jeśli będziesz mieć ochotę, możesz mi potem pomóc.
- Z przyjemnością. - Szatynka wstała z ziemi o otrzepała ubranie z kurzu. - Na razie jednak muszę coś innego załatwić.
- Hm? Czarne interesy? - Zainteresowała się blondynka, odwracając gwałtownie.
- Nie, nie. - Zaśmiała się Rianna. - Po prostu chcę się trochę przejść i... pomyśleć. Na pewno do ciebie zajrzę. - Uśmiechnęła się. - Do zobaczenia!
- Uważaj na siebie, Ria! - Odmachała jej blondynka, kierując się w stronę piekarni.
~♠~
Brązowowłosa dziewczyna przemierzała uliczki miasteczka, w poszukiwaniu stajni, która znajdowała się ponoć gdzieś na uboczu miasta. Jej właściciel zajmował się handel koni, jak i również ich wypożyczaniem. Ludzie jednak woleli omijać go z daleka, z powodu plotek, krążących na jego temat. Niektórzy mówili, że uderzył się w głowę i gada głupoty o apokalipsie. Kto wie?
- Dzień dobry! - Krzyknęła, z nadzieją, że ktoś ją usłyszy. Odpowiedziała jej tylko narastająca cisza. Westchnęła głęboko i rozejrzała się uważnie. W oddali na łące można było zauważyć niewielkie stadko koni, skubiących spokojnie trawę. One nawet nie przejęły się zbytnio nadejściem nieznanego przybysza, jakim była sama szatynka.
- Kto tu jest?! - Nagle usłyszała za sobą dość niemiły głos, który wydarł jej się wprost do ucha. Podskoczyła przestraszona, przechodząc do pozycji obronnej.
- Przepraszam, nie chciałam, ja tylko...
- Kim ty jesteś... - Ponownie zagrzmiał głos, który należał do wysokiego, chudego mężczyzny. Miał długie, szare włosy, które związane były luźno w pytkę. Na głowie spoczywał słomiany kapelusz. Ubrany był dość zwyczajnie, jak na farmera przystało.
- Ja... Chciałam tylko wypożyczyć konia. - Wypowiedziała po chwili już bardziej pewna siebie. Mężczyzna zmarszczył brwi w niemym skupieniu, obserwując brunetkę. Potarł kciukiem brodę, na którym widniał parodniowy zarost, a następnie mruknął coś pod nosem i gestem ręki nakazał dziewczynie pójść za nim. Odetchnęła z ulgą, a na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech. Odgarnęła kosmyk brązowych włosów i ruszyła żwawym krokiem za "farmerem"
- Nazywam się Loyd. - Odparł po chwili lekko zachrypniętym głosem.
- Miło mi, jestem Rianna. Loyd? Chyba skądś pana kojarzę, tylko nie mogę sobie przypomnieć skąd. - Zielonooka pogrążyła się w głębokiej zadumie, z której szybko wyrwał ją głos Loyda, tuż przy jej uchu.
- Zdaje ci się. - Podszedł do jednego z boksów i otworzył drewniane wrota, który skrzypnęły cicho. Ria stanęła z boku, przyglądając się z zapartym tchem jego poczynaniom. Po chwili Loyd wyprowadził z boksu bułaną klacz. Zwierze zastrzygło uszami i przeniosło swój niepewne spojrzenie na szatynkę. Zeskoczyła ona z płotku, na którym siedziała i podeszła bliżej. Klacz momentalnie cofnęła się o krok, rżąc cicho.
- Spokojnie, mała... - Farmer pogłaskał klacz po chrapach. - Ma na imię Anami. - Zwrócił się do Rianny. Jest nieco strachliwa, więc radzę się z nią obchodzić ostrożnie. Co masz zamiar zrobić?
- Chcę... - Zaczęła, jednak nagle zamilkła. Przygryzła dolną wargę i spuściła wzrok.
Jak zareaguje na to, że chcę zostać zwiadowcą? Skoro Ren, Keyli i Ayren tak... zareagowali... - Ja... - Odetchnęła głęboko. - Chcę zostać zwiadowcą. - Spojrzała się po chwili prosto w jego szare, smutne oczy. Odwrócił się gwałtownie i zdumiony wpatrywał w dziewczynę, aby po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem.
- Ty? Zwiadowca! Haha! - Otarł łezkę, która pojawiła się w kąciku jego oka. - Ah ta dzisiejsza młodzież, taka młoda i gniewna, też mi coś.. Zwiadowca?
- Arghh... Mówię prawdę! Pan powinien o tym dobrze wiedzieć... Przecież jest pan zwiadowcą, a... raczej był. Mam rację? - Na dźwięk tych słów wzdrygnął się momentalnie i zacisnął pięści na sznurze, który trzymał w dłoni.
- To było dawno... - Odparł smętnie po chwili, wyprowadzając klacz na zewnątrz. - Masz, weź ją. - Podał mi sznur. - Tylko przyprowadź ją do zachodu słońca.
- Panie Loyd, proszę.. - Stanął w miejscu, jednak nie odwrócił się. - Jak to jest... być zwiadowcą...
-... Nawet nie wiesz, w co się pakujesz. To ryzyko i to wielkie.. Strata najbliższych... Jednak... Bądź dzielna i nie poddawaj się, tylko twoja wiara cię uratuje. - Uśmiechnął się lekko, po czym odszedł.
- Dziękuję! - Ukłoniła się nisko, po czym odmachała i odeszła. Wiedziała, że musi być dzielna i nie poddawać się. Zostanie zwiadowcą. Nic jej nie powstrzyma.
piątek, 18 października 2013
środa, 16 października 2013
Zakończone śledztwo Keyli
Szatyn pociągnął za sobą rudowłosą dziewczynę. Tak wiele się wydarzyło w tak krótkim czasie. Miał w głowie tyle pytań bez odpowiedzi, a nie wiedział nawet kogo by mógł i jak zapytać o nie. Wcześniej były to tylko sny i często sam przyłapywał siebie na nieświadomym rozmyślaniu o niej. Teraz jednak było to naprawdę. Trzymał ją za rękę przy sobie, mógł patrzeć w jej niebieskie tęczówki, odgarniać jej rude kosmyki włosów i dotykać jej lekko zaróżowiałych policzków. Po chwili byli już przy chatce Keyli jednak nie było jej ani śladu.
-Może są w miasteczku?
-O tej porze? Sam nie wiem.
-Albo znowu wpakowała się w jakieś kłopoty i pociągnęła ze sobą Riannę...-nagle usłyszała jakiś głośny śmiech dobiegający z króliczarni.-Też masz dziwne przeczucie, że właśnie tam jest to czego szukamy?
-Czytasz mi w myślach.-odpowiedział i razem poszli do króliczarni. Gdy tylko tam dotarli ciężko im było powstrzymać się od śmiechu.
-Cze...ść... Wa...am...-mówiła Keyli co chwila pękając ze śmiechu. Rianna trzymała marchewki, a króliki ją wręcz napadły. Jeden nawet wskoczył jej na głowę.
-Co...wy tu robicie?-Ayren w końcu spoważniała, chociaż przyszło jej to z trudem.
-Karmimy króliki jak widać...-odpowiedziała Rianna, która próbowała pozbyć się z siebie małych, futrzastych gryzoni. Ten widok był naprawdę śmieszny.
-W sumie to Wam możemy zadać to samo pytanie...-Keyli spojrzała porozumiewawczo do Rianny, a później na ich splecione ręce. Gdy tylko to zauważyli, szybko puścili ręce.
-Szukaliśmy was...Sądziliśmy, że wpadłyście w jakieś kłopoty.
-Skąd te oskarżenia?! My i kłopoty?- prychnęła Keyli udając obrazę.
-Jedna z was jak widać miała kłopot...z królikami...-powiedziała chłodno Ayren. Znów przybrała swoją zimną maskę.
-Ayren?-Brązowowłosa wstała, otrzepała się i spojrzała wyzywająco w dziewczynę.
-Hm?
-Kiedy?
-Kiedy, co?
-Kiedy zaczniesz mnie trenować?
-Naprawdę tego właśnie chcesz?
-Tak!
-Dopiero co widziałam ciebie oblężoną przez króliki. Sądzisz, że dasz radę?
-Tego pragnę!
Keyli i Ren wpatrywali się tylko w to jedną to w drugą próbując dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Ayren zaś czuła. Czuła emocje i uczucia Rianny, które wypowiedziane, stanowiły coś przez co stawała się silna. Silna i wytrwała całym ciałem i duchem walki.
-Staw się jutro o świcie na polanie przy dużym głazie.- odwróciła głowę w tamtą stronę. -Ale pamiętaj, że cię ostrzegałam. -przez cały czas patrzyła jej prosto oczy z obojętnym wyrazem twarzy- Będę bezlitosna...-szepnęła i odeszła w kierunku polany przy dużym głazie gdzie zazwyczaj ćwiczyła różne formy walki. Może uda mi się zniechęcić Ciebie do bycia zwiadowcą...-dodała sobie w myślach.
Mimo tego jak widziała to pragnienie i pewność swojego postanowienia, nie chciała by Rianna stała się zwiadowcą. Bycie zwiadowcą nie jest łatwe. Każdy dzień jest nieprzewidywalny. Nigdy nie wiesz co może się stać. To jest o wiele bardziej niebezpieczne niż bycie Pogromca Smoków. To jest jak wyruszanie na pewną śmierć.
~♦~
Ayren wyciągnęła sztylety z ukrytej uprzęży na ramieniu i zaczęła rzucać je do tarczy wiszącej na samotnym drzewie. Tylko raz sztylet trafił obok czerwonej kropki, namalowanej dawno temu, obranej jako jej cel. Podeszła do tarczy i wyciągnęła z niej sztylety. Były one różnej wielkości. Nie można przyzwyczaić się tylko do jednego, gdyż z innymi będzie później ciężej. Odeszła od tarczy o metr dalej i ponownie rzucała w nią sztyletami.
-Rianna...Czy ty...Czy to...Co słyszeliśmy...To prawda?
-Chcę aby Ayren trenowała mnie na zwiadowcę.
-Na zwiadowcę?! Oszalałaś?!- Ren nie mógł ukryć swojego oburzenia.
-Dlaczego? Inni są zwiadowcami, czemu mi zabraniacie?
-Rianna...Ale to nie są żarty. Omal nie zginęłaś przez smoka! Chcesz być zwiadowcą?!
-Właśnie dlatego chcę nim zostać! Chcę nauczyć się walczyć, jak wszyscy tutaj!
-Rianno...
-Nie. Ja już postanowiłam.
-Jesteś tego pewna?
-Co byś zrobił na moim miejscu? Podjęłam już decyzję, chcę się wykazać. Obiecałam to sobie. Chcę wygrać swój zakład. - ostatnie słowa wzbudziły w Renie pewne wspomnienia. Chcieć wygrać zakład...
-Eh...-westchnął głęboko. - Rób co chcesz. -powiedział i spojrzał w stronę Ayren, która co chwila zmieniała narzędzia zbrodni.
-A tak na marginesie...Zauważyłaś, że Ren jest jakiś inny?Ayren chyba też trochę...-szepnęła Keyli do Rianny
-Yhym...Ren tak ale Ayren?-odwróciły się aby zobaczyć rudowłosą dziewczynę. -Nie...ona chyba jest w porządku.
-Naprawdę tak myślisz?-zapytała ją Keyli po czym wymieniły wiele mówiące spojrzenia.
-Ren...-zaczęła Keyli podchodząc do niego.
-Hm?- nagle wyrwał się z transu
-Czy jest coś między tobą, a Ayren...
-Keyli!-ofuknęła ją Rianna.
-No co? Przecież mam prawo znać stosunki między moimi przyjaciółmi...
-Nic się nie stało Ria...W porządku. -powiedział tylko i podszedł do Ayren.
-No tak...On i jego wymijające odpowiedzi...-Keyli westchnęła cicho. Od tej dwójki trudno było się czegoś dowiedzieć, więc zawsze musiała robić śledztwo, a oni niestety jej nie pomagali.
-Eh...-westchnął głęboko. - Rób co chcesz. -powiedział i spojrzał w stronę Ayren, która co chwila zmieniała narzędzia zbrodni.
-A tak na marginesie...Zauważyłaś, że Ren jest jakiś inny?Ayren chyba też trochę...-szepnęła Keyli do Rianny
-Yhym...Ren tak ale Ayren?-odwróciły się aby zobaczyć rudowłosą dziewczynę. -Nie...ona chyba jest w porządku.
-Naprawdę tak myślisz?-zapytała ją Keyli po czym wymieniły wiele mówiące spojrzenia.
-Ren...-zaczęła Keyli podchodząc do niego.
-Hm?- nagle wyrwał się z transu
-Czy jest coś między tobą, a Ayren...
-Keyli!-ofuknęła ją Rianna.
-No co? Przecież mam prawo znać stosunki między moimi przyjaciółmi...
-Nic się nie stało Ria...W porządku. -powiedział tylko i podszedł do Ayren.
-No tak...On i jego wymijające odpowiedzi...-Keyli westchnęła cicho. Od tej dwójki trudno było się czegoś dowiedzieć, więc zawsze musiała robić śledztwo, a oni niestety jej nie pomagali.
~♦~
Ren podszedł do Ayren od tyłu.
Dziewczyna nadal była zajęta rzucaniem do celu, jednak jej ciało nalegało od
niej odpoczynku, jednakże ona nie dawała za wygraną. Czasem to było dla niej
zgubne. Już miała rzucać kolejny sztylet, gdy chłopak ujął jej nadgarstek i
obrócił ją na pięcie. Rudowłosa poczuła dotyk jego ciepłej skóry mimo tego, że
dla niej też było gorąco z nadmiaru wysiłku. Szatyn odgarnął jej rude kosmyki z
czoła i przyciągnął do siebie. Oboje trzymali za mały, srebrny sztylet, który
był między nimi. Ren pocałował Ayren, trzymając prawą ręką za sztylet, a drugą
oparł na plecach dziewczyny, przyciągając ją do siebie jeszcze bardziej. Nie
protestowała. Pocałunek ożywiał jej siły do walki i pobudzał kolejne pragnienie
smaku jego ust.
-Rianna? Czy to co ja widzę…
-Tak…-wyszeptała, a Keyli nie mogła
zdjąć uśmiechu z twarzy.
piątek, 11 października 2013
Wyruszają
Brązowowłosy chłopak leżał w ciemności, wpatrując się w sufit. Jedyną myślą, jaka teraz zaprzątała mu głowę była "ona". Rudowłosa dziewczyna, która przed sekundą wyszła z jego pokoju. Pamiętał to zdumienie, które wymalowało się jasną barwą na jej twarzy, gdy złożył na jej ustach krótki pocałunek, który miał odzwierciedlać to wszystko, co do niej czuł. Gdyby mógł, zatrzymał by ją przy sobie na dłużej. Wiedział jednak, że kiedyś nawet piękne chwile muszą doznać swego kresu. Miał tylko nadzieję, że wkrótce ponownie ją ujrzy. Mętlik w jego głowie nie pozwalał mu spokojnie nad tym wszystkim się zastanowić. Miał tyle pytań, które domagały się jak najszybszej odpowiedzi. On jednak czuł, że nie jest w stanie na nie odpowiedzieć. Może nie miał sił, może po prostu nie chciał. Chociaż na jedno z nich mógł odpowiedzieć bez problemu.
Na pewno ją kocham...
~♦~
Poranek należał do najzwyklejszych, jakie mogą mieć zajście w miasteczku Rose. Ludzie od samego rana krzątali się niczym pracowite mrówki i gonili za swoimi sprawami. Mogło się wydawać, że nic nie mogło zakłócić tego spokoju. Chociaż...
- Otworzyć bramę! Zwiadowcy wyruszają! - Krzyczał dość niski człowiek stojący przy murze. Reszta gapiów rozstąpiła się, aby móc ujrzeć dumnie jadących konno wojowników. W tym momencie nie myśleli oni o tym, iż mogą już nigdy nie wrócić żywi. Liczyła się tylko misja i to, co może ich na niej spotkać. Rodziny żegnały się ze swoimi dziećmi, mężami. Łzy obficie spływały po policzkach, spadając na ziemię. Nikt nie chciał tak szybko stracić najbliższych.
Brama otworzyła się, a zwiadowcy popędzili konie, znikając poza murem. Nie słyszeli już szlochających matek, które machały im na pożegnanie. Nie słyszeli, ani nie widzieli już nic. Wiedzieli jedynie, że muszą wrócić za kolejny miesiąc.
- Sean! - Blondwłosa dziewczyna przedzierała się przez tłum w kierunku centrum miasteczka. Przechodnie posyłali jej mordercze spojrzenia, którymi ona bynajmniej się nie przejmowała. W końcu dostrzegła w tłumie znajomą sylwetkę.
- Ria! - Krzyknęła, dobiegając do szatynki. - Już... Pojechali? - Spytała, z trudem łapiąc oddech po szaleńczym biegu. Zielonooka kiwnęła głową.
- Jakieś pięć minut temu odjechali. Wybacz, że cię nie obudziłam, jednak tak słodko sobie spałaś. - Uśmiechnęła się przepraszająco. Blondynka westchnęła i machnęła ręką.
- Nic się nie stało. Pożegnałaś się z Seanem?
- ... Nie... - Wyznała po chwili. - Był ulokowany gdzieś pośrodku. Nie miałam do niego dojścia. Poza tym, co by to zmieniło.
- A ty jak zwykle masz jakieś czarne myśli. - Keyli pokręciła głową i złapała szatynkę za rękę, ciągnąc za sobą. - Chodź, musisz się jakoś rozerwać.
- Rozerwać? - Zdziwiła, próbując dotrzymać kroku blondwłosej.
- Sama zobaczysz. - Zaśmiała się cicho, wychodząc z tłumu.
~♦~
Brązowowłosy chłopak wybudził się ze snu, teraz wpatrując w krajobraz za oknem. Cały czas jego myśli kręciły się wokół rudowłosej dziewczyny. W końcu wstał i odsunął ciemne zasłony, pozwalając promieniom słonecznym nieco rozświetlić mrok panujący w pokoju. Otworzył okno i wyjrzał na zewnątrz, lustrując wzrokiem zatłoczone uliczki miasteczka Rose, gdzie ludzie dzień za dniem gonili za swoimi sprawami.
Po wykonaniu porannych czynności, wyszedł z pokoju, kierując się krętymi schodami w dół. Ku jego zdziwieniu nie zastał ani jednego ze swoich towarzyszy. Czyżby o czymś zapomniał? Wtopił się w tłum przechodniów, mając choćby cień nadziei, że znajdzie jakąś znaną mu twarz.
- Dzień dobry. Wie pan może, czy zwiadowcy już wyruszyli? - Spytał starszego człowieka, siedzącego na ławeczce.
- Oh, toż to było rano, gdy otwarły się wrota bramy, a wszyscy na swych koniach wyjechali poza mury wioski.
- Rozumiem. Dziękuje. - Pożegnał się i odszedł.
A więc jednak już wyruszyli... Westchnął głęboko, opierając się o zimną ścianę jednego z budynków.
- Aż tak ci ciężko na duszy? - W ten usłyszał za sobą przytłumiony szept. Odwrócił się za siebie i ujrzał błękitne oczy, świecące w ciemności.
- Ayren... Nie strasz ludzi. Chcesz szybciej zakończyć mój nędzny żywot? - Uśmiechnął się łobuzersko do dziewczyny, która pokręciła głową.
- Nie przesadzaj. Co tu robisz?
- Właśnie dowiedziałem się, że zwiadowcy już wyruszyli.
- To już dziś? Rany... Zupełnie wyleciało mi z głowy. No cóż, trzeba znowu czekać miesiąc, aż powrócą.
- Ciekawe, ile trupów tym razem przywiozą. - Westchnął. - Ciągle ich przybywa.
- Nie mamy na to wpływu, Ren. - Położyła rękę na ramieniu chłopaka. - Oni sami chcieli zostać zwiadowcami. Sami wiedzieli, jaki los sobie zgotowali.
- Może i masz rację. Ale... Nie rozmawiajmy już o tym.
- Jasne. - Kiwnęła głową. - Lepiej znajdźmy te dwa wypłosze.
- Masz na myśli Rianne i Keyli?
- Mhm... Wiesz, nie to, że się martwię, ale Keyli bardzo lubi pakować się w kłopoty.
- Po prostu kłopoty chodzą za nią. - Zaśmiał się cicho i pociągnął dziewczynę za sobą.
Na pewno ją kocham...
~♦~
Poranek należał do najzwyklejszych, jakie mogą mieć zajście w miasteczku Rose. Ludzie od samego rana krzątali się niczym pracowite mrówki i gonili za swoimi sprawami. Mogło się wydawać, że nic nie mogło zakłócić tego spokoju. Chociaż...
- Otworzyć bramę! Zwiadowcy wyruszają! - Krzyczał dość niski człowiek stojący przy murze. Reszta gapiów rozstąpiła się, aby móc ujrzeć dumnie jadących konno wojowników. W tym momencie nie myśleli oni o tym, iż mogą już nigdy nie wrócić żywi. Liczyła się tylko misja i to, co może ich na niej spotkać. Rodziny żegnały się ze swoimi dziećmi, mężami. Łzy obficie spływały po policzkach, spadając na ziemię. Nikt nie chciał tak szybko stracić najbliższych.
Brama otworzyła się, a zwiadowcy popędzili konie, znikając poza murem. Nie słyszeli już szlochających matek, które machały im na pożegnanie. Nie słyszeli, ani nie widzieli już nic. Wiedzieli jedynie, że muszą wrócić za kolejny miesiąc.
- Sean! - Blondwłosa dziewczyna przedzierała się przez tłum w kierunku centrum miasteczka. Przechodnie posyłali jej mordercze spojrzenia, którymi ona bynajmniej się nie przejmowała. W końcu dostrzegła w tłumie znajomą sylwetkę.
- Ria! - Krzyknęła, dobiegając do szatynki. - Już... Pojechali? - Spytała, z trudem łapiąc oddech po szaleńczym biegu. Zielonooka kiwnęła głową.
- Jakieś pięć minut temu odjechali. Wybacz, że cię nie obudziłam, jednak tak słodko sobie spałaś. - Uśmiechnęła się przepraszająco. Blondynka westchnęła i machnęła ręką.
- Nic się nie stało. Pożegnałaś się z Seanem?
- ... Nie... - Wyznała po chwili. - Był ulokowany gdzieś pośrodku. Nie miałam do niego dojścia. Poza tym, co by to zmieniło.
- A ty jak zwykle masz jakieś czarne myśli. - Keyli pokręciła głową i złapała szatynkę za rękę, ciągnąc za sobą. - Chodź, musisz się jakoś rozerwać.
- Rozerwać? - Zdziwiła, próbując dotrzymać kroku blondwłosej.
- Sama zobaczysz. - Zaśmiała się cicho, wychodząc z tłumu.
~♦~
Brązowowłosy chłopak wybudził się ze snu, teraz wpatrując w krajobraz za oknem. Cały czas jego myśli kręciły się wokół rudowłosej dziewczyny. W końcu wstał i odsunął ciemne zasłony, pozwalając promieniom słonecznym nieco rozświetlić mrok panujący w pokoju. Otworzył okno i wyjrzał na zewnątrz, lustrując wzrokiem zatłoczone uliczki miasteczka Rose, gdzie ludzie dzień za dniem gonili za swoimi sprawami.
Po wykonaniu porannych czynności, wyszedł z pokoju, kierując się krętymi schodami w dół. Ku jego zdziwieniu nie zastał ani jednego ze swoich towarzyszy. Czyżby o czymś zapomniał? Wtopił się w tłum przechodniów, mając choćby cień nadziei, że znajdzie jakąś znaną mu twarz.
- Dzień dobry. Wie pan może, czy zwiadowcy już wyruszyli? - Spytał starszego człowieka, siedzącego na ławeczce.
- Oh, toż to było rano, gdy otwarły się wrota bramy, a wszyscy na swych koniach wyjechali poza mury wioski.
- Rozumiem. Dziękuje. - Pożegnał się i odszedł.
A więc jednak już wyruszyli... Westchnął głęboko, opierając się o zimną ścianę jednego z budynków.
- Aż tak ci ciężko na duszy? - W ten usłyszał za sobą przytłumiony szept. Odwrócił się za siebie i ujrzał błękitne oczy, świecące w ciemności.
- Ayren... Nie strasz ludzi. Chcesz szybciej zakończyć mój nędzny żywot? - Uśmiechnął się łobuzersko do dziewczyny, która pokręciła głową.
- Nie przesadzaj. Co tu robisz?
- Właśnie dowiedziałem się, że zwiadowcy już wyruszyli.
- To już dziś? Rany... Zupełnie wyleciało mi z głowy. No cóż, trzeba znowu czekać miesiąc, aż powrócą.
- Ciekawe, ile trupów tym razem przywiozą. - Westchnął. - Ciągle ich przybywa.
- Nie mamy na to wpływu, Ren. - Położyła rękę na ramieniu chłopaka. - Oni sami chcieli zostać zwiadowcami. Sami wiedzieli, jaki los sobie zgotowali.
- Może i masz rację. Ale... Nie rozmawiajmy już o tym.
- Jasne. - Kiwnęła głową. - Lepiej znajdźmy te dwa wypłosze.
- Masz na myśli Rianne i Keyli?
- Mhm... Wiesz, nie to, że się martwię, ale Keyli bardzo lubi pakować się w kłopoty.
- Po prostu kłopoty chodzą za nią. - Zaśmiał się cicho i pociągnął dziewczynę za sobą.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)