piątek, 18 października 2013

Zwiadowca w stanie spoczynku

Wiedziała i gdzieś w głębi jej samej wewnętrzny głos podpowiadał, aby odwróciła wzrok. Nie mogła jednak posłuchać go, gdy oni wyglądali tak słodko i uroczo, że aż oczy same się śmiały na ich widok. Spojrzała się kątem oka na Keyli, która z otwartą buzią i gwiazdkami w ślepkach wierciła się w miejscu co chwilę dając jakiś tekst typu "jakie to słoodkiee".
- Keyli, daj już spokój... - Szturchnęła blondynkę w ramię. - Niech pobędą trochę razem, sam na sam. Pewnie chcą tego. - Rianna posłała jej delikatny uśmiech. Niebieskooka westchnęła ciężko, ocierając udawaną łezkę.
- No diobrze, mamusiu. - Zaśmiała się cicho. - Ja idę do sklepu, posprzedawać chlebem. Jeśli będziesz mieć ochotę, możesz mi potem pomóc.
- Z przyjemnością. - Szatynka wstała z ziemi o otrzepała ubranie z kurzu. - Na razie jednak muszę coś innego załatwić.
- Hm? Czarne interesy? - Zainteresowała się blondynka, odwracając gwałtownie.
- Nie, nie. - Zaśmiała się Rianna. - Po prostu chcę się trochę przejść i... pomyśleć. Na pewno do ciebie zajrzę. - Uśmiechnęła się. - Do zobaczenia!
- Uważaj na siebie, Ria! - Odmachała jej blondynka, kierując się w stronę piekarni.

                                                                                 ~♠~


        Brązowowłosa dziewczyna przemierzała uliczki miasteczka, w poszukiwaniu stajni, która znajdowała się ponoć gdzieś na uboczu miasta. Jej właściciel zajmował się handel koni, jak i również ich wypożyczaniem. Ludzie jednak woleli omijać go z daleka, z powodu plotek, krążących na jego temat. Niektórzy mówili, że uderzył się w głowę i gada głupoty o apokalipsie. Kto wie?
- Dzień dobry! - Krzyknęła, z nadzieją, że ktoś ją usłyszy. Odpowiedziała jej tylko narastająca cisza. Westchnęła głęboko i rozejrzała się uważnie. W oddali na łące można było zauważyć niewielkie stadko koni, skubiących spokojnie trawę. One nawet nie przejęły się zbytnio nadejściem nieznanego przybysza, jakim była sama szatynka.
- Kto tu jest?! - Nagle usłyszała za sobą dość niemiły głos, który wydarł jej się wprost do ucha. Podskoczyła przestraszona, przechodząc do pozycji obronnej.
- Przepraszam, nie chciałam, ja tylko...
- Kim ty jesteś... - Ponownie zagrzmiał głos, który należał do wysokiego, chudego mężczyzny. Miał długie, szare włosy, które związane były luźno w pytkę. Na głowie spoczywał słomiany kapelusz. Ubrany był dość zwyczajnie, jak na farmera przystało.
- Ja... Chciałam tylko wypożyczyć konia. - Wypowiedziała po chwili już bardziej pewna siebie. Mężczyzna zmarszczył brwi w niemym skupieniu, obserwując brunetkę. Potarł kciukiem brodę, na którym widniał parodniowy zarost, a następnie mruknął coś pod nosem i gestem ręki nakazał dziewczynie pójść za nim. Odetchnęła z ulgą, a na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech. Odgarnęła kosmyk brązowych włosów i ruszyła żwawym krokiem za "farmerem"
- Nazywam się Loyd. - Odparł po chwili lekko zachrypniętym głosem.
- Miło mi, jestem Rianna. Loyd? Chyba skądś pana kojarzę, tylko nie mogę sobie przypomnieć skąd. - Zielonooka pogrążyła się w głębokiej zadumie, z której szybko wyrwał ją głos Loyda, tuż przy jej uchu.
- Zdaje ci się. - Podszedł do jednego z boksów i otworzył drewniane wrota, który skrzypnęły cicho. Ria stanęła z boku, przyglądając się z zapartym tchem jego poczynaniom. Po chwili Loyd wyprowadził z boksu bułaną klacz. Zwierze zastrzygło uszami i przeniosło swój niepewne spojrzenie na szatynkę. Zeskoczyła ona z płotku, na którym siedziała i podeszła bliżej. Klacz momentalnie cofnęła się o krok, rżąc cicho.
- Spokojnie, mała... - Farmer pogłaskał klacz po chrapach. - Ma na imię Anami. - Zwrócił się do Rianny. Jest nieco strachliwa, więc radzę się z nią obchodzić ostrożnie. Co masz zamiar zrobić?
- Chcę... - Zaczęła, jednak nagle zamilkła. Przygryzła dolną wargę i spuściła wzrok.
Jak zareaguje na to, że chcę zostać zwiadowcą? Skoro Ren, Keyli i Ayren tak... zareagowali... - Ja... - Odetchnęła głęboko. - Chcę zostać zwiadowcą. - Spojrzała się po chwili prosto w jego szare, smutne oczy. Odwrócił się gwałtownie i zdumiony wpatrywał w dziewczynę, aby po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem.
- Ty? Zwiadowca! Haha! - Otarł łezkę, która pojawiła się w kąciku jego oka. - Ah ta dzisiejsza młodzież, taka młoda i gniewna, też mi coś.. Zwiadowca?
- Arghh... Mówię prawdę! Pan powinien o tym dobrze wiedzieć... Przecież jest pan zwiadowcą, a... raczej był. Mam rację? - Na dźwięk tych słów wzdrygnął się momentalnie i zacisnął pięści na sznurze, który trzymał w dłoni.
- To było dawno... - Odparł smętnie po chwili, wyprowadzając klacz na zewnątrz. - Masz, weź ją. - Podał mi sznur. - Tylko przyprowadź ją do zachodu słońca.
- Panie Loyd, proszę.. - Stanął w miejscu, jednak nie odwrócił się. - Jak to jest... być zwiadowcą...
-... Nawet nie wiesz, w co się pakujesz. To ryzyko i to wielkie.. Strata najbliższych... Jednak... Bądź dzielna i nie poddawaj się, tylko twoja wiara cię uratuje. - Uśmiechnął się lekko, po czym odszedł.
- Dziękuję! - Ukłoniła się nisko, po czym odmachała i odeszła. Wiedziała, że musi być dzielna i nie poddawać się. Zostanie zwiadowcą. Nic jej nie powstrzyma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz