niedziela, 29 września 2013

Bez cierpienia, nie było by miłości

Dedyk dla Alisy ;*

Rudowłosa spojrzała jeszcze raz w stronę odchodzącej szatynki. Zwiadowcą, tak? Tylko skąd ona wiedziała o moich rodzicach? -pomyślała .- No jasne. Keyli. Szybko otarła ostatki łez.
Wstała i skierowała się w stronę wioski. W końcu miała jeszcze parę nie dokończonych spraw. Dotarła do drewnianej chaty pokrytej pnączem na zewnątrz tak jak i w wewnątrz. Zapukała do drzwi. Nie minęło parę sekund, a drzwi się otworzyły.
-Ayren!
-Przepraszam, że tak późno. Naszły pewne komplikacje. -powiedziała i wyjęła jasno-brązową kopertę która była całkiem spora.
-Komplikacje?- zapytała i wzięła kopertę do ręki.
-Tak...to tylko moja nieostrożność. Nic więcej.
-Rozumiem...-powiedziała i rozejrzała się po okolicy. -Wejdź do środka. -był to rodzaj rozkazu niż prośby. Dziewczyna zastanawiała się chwilę, lecz uznała, że lepiej będzie nie stawiać się starszej kobiecie, szczególnie, że oddała jej korespondencję z dość sporym opóźnieniem.
Pani Emora wskazała jej krzesło, aby usiadła, jednak gdy Ayren zaprzeczyła, ta ponagliła ją by jednak posłusznie usiadła. Nie było sensu na spory więc i tak zrobiła. Starsza pani zasłoniła okna i zapaliła świecę.
-Dziękuję ci. Wiem, że mówiłam iż to tylko taka drobna rzecz, jednak wcale tak nie jest.
-Jak to? Nie rozumiem.
Kobieta otworzyła kopertę i wyjęła z niej złożone na cztery części dwie, bardzo stare mapy. Rozłożyła je na stole, przed rudowłosą.
-Co to...
-To są stare mapy zachodu. Pani Tamarel jest córką jednego z zwiadowców, który opracowywał mapy. Zaznaczał na nich nie tylko góry i rzeki, ale także różne zakamarki, jaskinie i pieczary dawnych smoków. -mówiła jej szeptem, a Ayren słuchała jej uważnie z szeroko otwartymi oczyma. -Tak więc mogą one pomóc w odkryciu zamku Pani Ciemności. Chcę abyś przekazała je królowi i powiedziała to wszystko, co ci przekazałam.
-Co się stało z tym zwiadowcą?- zapytała nagle.
-Ponoć gdy odkrył jedną z pieczar smoka, został zabity. Jednak dziwnym sposobem mapy przetrwały do dzisiaj. Weź je i strzeż jak oka w głowie przed oddaniem dla króla. Nikomu o nich nie mów i nikomu nie pokazuj.
-Nawet innym pogromcą smoków?
-Powiesz im dopiero wtedy, gdy oddasz mapy. A teraz idź. -dziewczyna tylko skinęła głową. Schowała kopertę za płaszcz i wyszła z chatki. Nagle przypomniało jej się, że nie oddała konia. Szybko pobiegła przed siebie. Staruszek jak zwykle siedział na ganku.
-Kogo ja widzę...
-Dzień dobry i przepraszam...
-Hm? Ale za co?
-Nie oddałam dla pana konia...-zaczęła zdezorientowana.
-Ty nie, ale on sam wrócił...coś nie tak?
-Co?! A...em...nic...Muszę już iść.-wydukała nerwowo i szybko skierowała się do zamku. Miała przed sobą dobry kawałek drogi.
~ ♦~
Rianna weszła na chwilę do pokoju Rena. Chciała sprawdzić czy już lepiej się czuje i czy niczego mu nie potrzeba. Keyli zaś musiała zostać w sklepie i sprzedawać chleb.
-Ren?-zapytała cicho stojąc za drzwiami.
-Wejdź.-odpowiedział. Szatynka weszła do środka. 
-Jak się czujesz?
-Lepiej. -uśmiechnął się krzywo. -...Rianna...-zaczął lecz nie wiedział czy warto skończyć
-Tak?
-...Rozmawiałaś z Ayren?-zapytał patrząc gdzieś  w przestrzeń smutnym wzrokiem
-Tak.-odparła krótko.
-Yhym.-mruknął nie odwracając wzroku
-Ona...płakała...-powiedziała cicho, lecz Ren natychmiast spojrzał w jej kierunku. Na jego twarzy wymalowało się zdumienie i niedowierzanie.
-Ona...nigdy...
-A może jednak płakała, ale w ukryciu?-zapytała. 
Każdy człowiek płacze. Nie ważne jak bardzo temu zaprzecza. To właśnie łzy dają nową siłę. 
Zielonooka wyszła z pokoju tym samym pozostawiając chłopaka z wieloma pytaniami. 
~♦~
Dziewczyna spoglądnęła na straż pilnującą wejścia do zamku. Posłała im lodowate spojrzenie. Na szczęście nie pytając o nic otworzyli jej bramę. Po chwili znalazła się w sali tronowej. Oczywiście nie odbyło się bez zbędnych drobiazgów, takich jak zapowiedź ''gościa''.
Rudowłosa podeszła do podwyższenia. Jej kroki były pewne, a peleryna dodawała jej tajemniczości. Uklękła na jednym kolanie, składając pokłon królowi.
-Witaj Królu.-powiedziała. Wokół niej stała straż.
-Wstań. Co cię tym razem sprowadza?-zapytał. Nie ukrywał również zdziwienia iż przyszła sama.
-Mam pewien...list.-odpowiedziała i rozejrzała się dyskretnie po strażnikach. Nie miała do nich zbytnio zaufania, jednak wyjęła korespondencję spod płaszcza i podała mu ją.
-Skąd to masz? -zapytał i aż wstał ze zdziwienia. 
-Od pewnej kobiety, córki zwiadowca. 
-Tamarel...-wyszeptał. 
-Jaskinie i pieczary, tajne zakamarki w zachodniej ''puszczy''. -szepnęła. Wiedziała, że król zrozumie o czym mówi.
-Dziękuję ci. Możesz już iść.
Skłoniła się jeszcze i wyszła z pałacu. W głowie kłębiło jej się tysiące myśli.
-Pogromczyni Smoków sama? No, no...A gdzie wasza sławna paczka?-usłyszała kpiący głos. Przystanęła na chwilę i odwróciła się. Stał oparty o drzewo, a na twarzy pojawił się szatański uśmieszek. Był to nie kto inny tylko książę.
-Nie twoja sprawa.-warknęła i już miała odchodzić, lecz książę nie odpuszczał.
-Sądzę, że jednak moja.
-Gdyby nie tytuł księcia, już dawno zginąłbyś z mojej ręki lub reki smoka.
-Trzy lata temu powiedziałabyś inaczej.-mruknął i zrobił kilka kroków w jej kierunku
-Nie wiem o co ci chodzi.
-Doprawdy? A może mam ci przypomnieć?
-To było lata temu!
-A więc pamiętasz...
-Tak i to był mój największy błąd!-krzyknęła mu prosto w twarz. Tak łatwo było ją wyprowadzić z równowagi.
-Gdybyś nie była pogromca smoków, spojrzałbym na ciebie inaczej. To wszystko potoczyłoby się inaczej.
-Nie obchodzi mnie to! Jesteś po prostu zwykłym, parszywym trollem!
-Twoje słowa ranią me serce...-powiedział teatralnym tonem.
-Niech zranią też twoją sztuczną dumę!-odrzekła i odwróciła się gwałtownie.
-Jesteś taka słodka gdy się złościsz. -gdy to usłyszała czuła jak ponowna fala gniewu przelewa szalę. Tym razem miarka się przelała. Podniosła dłoń i walnęła go całej siły. Czuła teraz wielką satysfakcję z tego co zrobiła dla ''księcia''. Należało mu się. - pomyślała po czym poszła w stronę domu Rena.
~♦~
Rudowłosa dziewczyna już miała zamiar pukać do domu, jednak cofnęła rękę. Co miała mu powiedzieć? Nie miała zamiaru przepraszać go całe życie, szczególnie, ze to on zaryzykował jeszcze bardziej niż ona. Przeszła obok okna i oparła się o ścianę na tyłach domu. Miała mętlik w głowie. Tyle się wydarzyło i nie wiedziała co z tym zrobić. Przecież to on zaryzykował życiem. Skoczył w wielka przepaść. Nie bez powodu nazywano tamto miejsce Kanionem Śmierci. 
-Tu się ukrywasz...- Ayren prawie podskoczyła z zaskoczenia, lecz szybko się powstrzymała. 
Obok niej stał Ren.
-Już ci lepiej?-mruknęła cicho. 
-Ayren...Powiedz mi...
-Co?!-warknęła. Po jednej stronie nie chciała się z nim kłócić. Chciała zakończyć te głupia kłótnię, lecz po drugiej wiedziała, że on tak łatwo nie odpuści.
-Dlaczego ryzykowałaś własnym życiem?!-spojrzał jej wyzywająco w oczy. Nie lubiła tego wzroku. Czuła jakby przeszywał jej wszystkie myśli na wylot, tym bardziej, że nie wiedziała jak mu odpowiedzieć. 
-Ja...-zaczęła, lecz nie mogła znaleźć odpowiednich słów. Jego ciemnobrązowe oczy patrzyły na nią z ciągłym wyczekiwaniem. 
-Dlaczego mnie uratowałeś?!- odpowiedziała pytaniem na pytanie.
-Bo...-zaczął, lecz też nie wiedział jak skończyć. Odwrócił wzrok. - Nie chcę cię stracić...-szepnął. 
W Ayren coś pękło. Dopiero teraz zrozumiała to wszystko. Czy to nie było oczywiste, a wręcz tak banalne?
Owszem, było, ale każdy lubi sobie utrudniać życie. Jednak teraz wiedziała. Wiedziała, że on również czuł to samo, gdy ona bała się o niego. Chwyciła go za koszulę i złożyła na jego ustach krótki pocałunek, po czym szybko odwróciła się. Założyła ręce i spuściła głowę.
-To było...podziękowanie...-wydukała nerwowo. Czuła wypieki na twarzy.
Szatyn spojrzał na nią zdumiony, jednak w każdej sekundzie narastały w nim uczucia takie jak pragnienie i szczęście. Jednym ruchem ręki przyciągnął ją do siebie, a drugim wziął ją za policzek i oddał pocałunek. 
-A to odpowiedź. 

piątek, 27 września 2013

Czekając na upragniony dzień

Szatyn niepewnie otwarł powieki bojąc się tego, co przed sobą ujrzy. Przeczuwał najgorsze. Wiedział, że mógł w tej chwili wąchać kwiatki od spodu przysypany stertą gruzu. Jednak otwarł oczy. To, co przed  sobą ujrzał na początku był idealnie biały sufit, od którego odpadała już farba. Zamrugał parę razy powiekami, mrużąc lekko oczy. Próbował ruszyć którąkolwiek kończyną, jednak piorunujący ból przy każdym najmniejszym drgnięciu był nie do zniesienia, toteż wkrótce całkowicie zaprzestał tej czynności. W tym momencie mógł tylko leżeć i czekać na cud. Sam do końca nie wiedział jaki, jednak zawsze trzeba mieć tą nadzieję.
- Ren? - Nagle usłyszał cichy, zachrypnięty głos. Mimo bólu, który ponownie dał o sobie znać przekręcił głowę na bok i ujrzał drobną postać rudowłosej dziewczyny o przenikliwie bladej cerze i podkrążonych oczach. Siedziała ona na drewnianym krzesełku, uważnie wpatrując się w niego błękitnymi oczami.
- Ayren. - Odetchnął z ulgą. - Jednak żyjesz, dzięki Bogu.
- Tak, żyję. - Szepnęła. - Ja.. Myślałam, że to ty...nie żyjesz... - Spuściła wzrok, wpatrując się we własne dłonie ułożone na kolanach.
- Dlaczego. - Odezwał się po chwili długiego milczenia. - Dlaczego ryzykowałaś własne życie! - Poderwał się gwałtownie, jednak zaraz tego pożałował, gdyż z jękiem opadł ponownie na poduszkę.
- Ren! Proszę, leż! - Prawie załkała czując się coraz gorzej. Cała ta kłótnia była tylko ciszą przed burzą, a ona już miała tego wszystkiego dość. To było tak przytłaczające, że sama nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć.
        W tym momencie do pomieszczenia weszły Rianna wraz z Keyli. Obje spojrzały się po sobie, a następnie posłały im delikatnie uśmiechy.
- Hej, jak tam, Ren? Lepiej się czujesz? - Zagadnęła Keyli, przystawiając drugie krzesełko i siadając na nim. Zielonooka postanowiła postać, więc podeszła tylko do łóżka.
- Tak, lepiej mu. - Odpowiedziała im Ayren.
- Czasami myślę, że jesteś bardziej nieostrożna niż Keyli! - Wtrącił się po chwili szatyn ciskając pioruny w rudowłosą.
- No ej no! - Burknęła Keyli z udawaną złością. - Przecież tak bardzo starałam się na tytuł "najbardziej nieostrożnej"...
- Więc ty jesteś bardziej nieostrożny ode mnie! - Wykrzyknęła Ayren jakby nie słuchając słów, które przed chwilą wypowiedziała blondwłosa. Gwałtownie wstała z krzesełka i wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami.
- Ayren! - Krzyknęła za nią Keyli, jednak nic to nie poskutkowało.
- Daj spokój, spróbuję z nią pogadać. - W porę zatrzymała ją brązowowłosa i wybiegła z pomieszczenia wprost na mały korytarzyk, z którego schodami zbiegła na parter, a następnie wyszła na zewnątrz.
       Wychodząc wpadła wprost na czarnowłosego chłopaka, który kierował się w przeciwną stronę co ona. Zmierzył ją swoim chłodnym spojrzeniem od stóp do głów. Ria chciała to ukryć, jednak czuła się nieswojo, gdy jego wzrok przekłuwał ją na wylot.
- Prze- przepraszam... - Wydukała nerwowo. Nagle jej spojrzenie przykuł konwój jadący ulicami miasta.
- Reszta zwiadowców wróciła. - Odezwał się nagle Sean, mrużąc lekko oczy. - Jak zwykle wielu zginęło.
- Rozumiem... To.. Wielka strata. - Szepnęła po chwili.
- Co ty możesz o tym wiedzieć. - Prychnął pod nosem z irytacją.
- Ja? Nic. Dlatego właśnie chcę dołączyć do zwiadowców. - Wyznała po chwili. Chłopak spojrzał się na nią jak na istną wariatkę, która postradała zmysły.
- Żartujesz? Jesteś za słaba. Psychicznie jak i fizycznie. Zginiesz tam, nawet nie wyjeżdżając z miasta.
- Może ty tak sądzisz. Jednak nie widzisz moich uczuć, ani pragnień. Nie możesz tego odczuć, ani zobaczyć. Nie możesz zobaczyć serca, które co dzień widząc śmierć panoszącą się po ulicach krwawi. Człowiek, który nie ma duszy, nigdy tego nie zrozumie. Pewnie kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym nie będziemy żałować niczego, ani nikogo, jednak na razie na taki dzień musimy poczekać. Dlatego właśnie.... Tutaj w tej chwili oświadczam ci, iż zostanę najlepszym zwiadowcą, jakiego kiedykolwiek widziałeś!!! - Wykrzyknęła mu prosto w twarzy czując jak wszystkie emocje tłumione w niej wybuchają. Sean spojrzał się na szatynkę z nieukrywanym zdziwieniem. Z jego twarzy jednak nie dało się wyczytać nic więcej. Żadnych zbędnych emocji, które zdradzałyby jego kolejne posunięcie. Nawet oczy nie dały rady go zdradzić.
- Rozumiem. - Rzekł po chwili chłodno. - Mam rozumieć zakład przyjęty.
- C-Co? - Wydukała, jednak on nie odpowiedział jej już ani jednym słowem. Po prostu wszedł do pomieszczenia w którym panował pół mrok i wspiął się na górę po schodach. Zielonooka jeszcze przez chwilę stała, nie mogąc odnaleźć się we własnych myślach. Nie zdążyło do niej jeszcze dojść to, co przed chwilę zrobiła. Jej słowa. Czuła, jakby na prawdę płynęły z głębi serca, a ona nie mogła tego ukryć. Odetchnęła głęboko parę razy i nie czekając dłużej ruszyła na poszukiwania rudowłosej.
        Znalazła ją dopiero przy wielkiej wierzbie nachylającej się nad kałużą własnych łez. Westchnęła i podeszła do niej wolnym krokiem.
- Odejdź. - Usłyszała krótką komendę, zanim zdążyła podejść znacznie bliżej.
- Ayren, proszę. Ja chcę tylko porozmawiać. - Nie zważając na protesty niebieskookiej usiadła obok niej.
- Słucham więc... - Odparła po chwili.
- Nie złość się na niego tak bardzo. On chciał dobrze. Naprawdę się o ciebie martwił. Gdybyś tylko widziała jego minę, gdy dowiedział się o tym, że wyjechałaś sama. Bez większego wahania pognał za tobą. Z tego co słyszałam, udało mu się nawet częściowo pokonać smoka, choć był bliski śmierci. Uratował cię.
- Wiem.. - Syknęła po chwili. - Ale ryzykował własne życie, rozumiesz!
- Wiem, co czujesz. Zależy mu na tobie i dlatego właśnie ryzykował własne życie. Daj mu trochę czasu, na pewno on sam też się w tym pogubił. Niech sobie wszystko na spokojnie wyjaśni. - Szatynka uśmiechnęła się delikatnie i poklepała rudowłosą po ramieniu.
- Ayren... Ja... Rozumiem twój ból. Wiem, jak to jest stracić rodziców...
- Co?! Skąd ty! - Wybuchła nagle spoglądając się wrogo na zielonooką, która jednak w porę ją uspokoiła.
- Ja... Również straciłam rodziców. Straciłam ich w wypadku samochodowym parę lat temu. To był dla mnie ogromny cios. Na dodatek stało to się tak szybko, że nawet nie zdążyłam się z niemi pożegnać. Wtedy pogubiłam się we wszystkim i czuję, że nadal nie mogę się odnaleźć. Jednak jakoś daję radę. Ty również dasz, wierzę w to. Jesteś silna, masz przyjaciół, którzy cię wspierają, oraz kochające osoby. Dasz radę. - Uśmiechnęła się ciepło.
- Dzięki, Rianna. - Odparła po chwili również posyłając jej delikatny uśmiech.
- Ależ nie ma sprawy. Mogę cię tylko prosić o jedną przysługę?
- Hm?
- Ja... - Zaczęła szatynka, która zacisnęła pięści spuszczając wzrok. - Chcę stać się silniejsza! Wyszkol mnie na zwiadowcę! - Wykrzyknęła po chwili. Ayren spojrzała się na nią zaskoczona, jednak rzekła po chwili.
- Niech będzie. Ostrzegam jednak, jestem bezlitosna.
- To nic. Jestem przygotowana na wszystko. Chcę zostać zwiadowcą.
I wygrać zakład...
       

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Rudowłosa dziewczyna o zbyt bladej cerze obudziła się z jakiegoś dziwnego snu. Otworzyła powoli oczy. Spojrzała w biały sufit i nagle wszystko jej się przypomniało. Burza, ogień, smok.Jak tu trafiła? Nie wiedziała. Rozpoznała tylko że jest obecnie w swoim pokoju.  Zerwała się jak najszybciej z łóżka, chociaż nogi odmawiały posłuszeństwa. Zacisnęła dolną wargę i siłą zmusiła swoje ciało do posłuszeństwa. Czuła jak każdy mięsień buntował się przeciwko niej.
-Ayren!-wykrzyknęła Keyli wchodząc w tym samym czasie do pokoju. Podbiegła do przyjaciółki i mocno ją uścisnęła.
-Tak się o Ciebie martwiliśmy! -obok niej stała Rianna która również się przejęła tą całą sytuacją.
-Co tak właściwie się stało?-zapytała ruda
-Myśleliśmy, że ty nam powiesz. Widzisz koń Rena, Nightmare cię tu przywiózł. Byłaś przymocowana do niego i nieprzytomna.
-...Gdzie jest Ren?!
-Tego nie wiemy. Jak tylko zdjęliśmy cię z konia, zwierze te pobiegło natychmiast przed siebie.- powiedziała Rianna.
-Sean i jego ludzie próbowali podążyć za jego koniem. Nadal jego poszukują.
Po chwili dało się słychać końskie rżenie, a po chwili pukanie do drzwi. Do pokoju wszedł czarnowłosy chłopak.
-Sean!
-Ayren! Wszystko w porządku?
-Gdzie jest Ren?- zapytała. Nie myślała teraz o sobie, o obolałych mięśniach które dawały jej się we znaki. Chciała wiedzieć gdzie jest Ren za wszelką cenę.
-Nadal go szukamy. Burza zmyła wszystkie ślady.
-Chcę jechać z tobą!
-Wykluczone! Jesteś mocno osłabiona! Nie zgadzam się!
-Wiesz, że jeśli będzie taka potrzeba polecę nawet na smoku, więc nie próbuj mnie powstrzymywać!-krzyknęła mu prosto w twarz, Ayren.
Wiedział doskonale, a także czytał pomiędzy wierszami. Wiedział, że nawet jeśli się nie zgodzi, to ona i tak znajdzie sposób aby pojechać. Nawet jeśliby ryzykowała swoje własne życie. Tak bardzo chciała go odnaleźć. Nagle dziewczyna złapała się za skronie i zmarszczyła czoło. Opadła na łóżko. Keyli i Rianna szybko ją podtrzymały. Rudowłosa otworzyła szeroko oczy.
-Wiem...Wiem gdzie on jest!
-Miałaś widzenie?-z niedowierzaniem zapytała Keyli
-Jakie ''widzenie''?- wtrąciła się Rianna która nie zbyt wiedziała o co chodzi.
-Tak. Możliwe że jest gdzieś za kanionem. W dole rzeki...u wybrzeża. Sama nie wiem gdzie dokładnie. Musimy jechać! Szybko!-wstała i z wyczekiwaniem patrzyła na Seana.
-Nie pozostawiasz mi wyboru. W drogę.
-Ej a ja?!-upomniała się Keyli.
-Zostańcie. Ktoś musi zostać i przekazać innym w razie czego. Możliwe że później przyda nam się wasza pomoc.-powiedział i razem z Ayren wyszedł z domu.
Wciągnął ją na czarnego wierzchowca i galopem popędzili ku Wielkiemu Kanionu. Który był też nazywany Kanionem Śmierci.
~♦~
Przejażdżka trwała długo. Zbyt długo. Im bliżej byli tego miejsca, tym częstsze i wyraźniejsze były wizje Ayren. Gdy dotarli do Kanionu musieli przedostać się w jakiś sposób na sam dół. Wybrali okrężną drogę. To było ich jedyne wyjście.
Dziewczyna stanęła o własnych siłach i zaczęła przeszukiwać brzeg. Jedyne czym się kierowała to umysłem. Co prawda, jej wizja nie pokazała dokładnie czy to właśnie on tam jest, jednak nic innego teraz jej nie pozostało. Czuła jak głowa zaczynała jej pękać z nadmiaru odbieranych sygnałów. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie miała. Ostatnia wizja była dobre cztery lata temu. Co prawda była to jej umiejętność jednak nie kontrolowała jej. Ona sama przychodziła tylko wtedy gdy miała na to ochotę. Tym razem widocznie wysłuchała cichych próśb dziewczyny i objawiła się dając jej resztki nadziei.
Nagle zobaczyła w oddali konia który zmierzał w ich kierunku. Od razu rozpoznała w nim Nightmara.
-Sean!-krzyknęła aby ten również go ujrzał. Chłopak szybko podbiegł do nich.
-Gdzie jest Ren?-zapytał konia, który zawrócił i zaczął biec kłusem. Widać było po nim, że jest wykończony. Szybko nadążyli za nim. Po chwili wśród szczątek połamanych drzew i skał rudowłosa ujrzała ciało chłopaka.
-Ren!-krzyknęła żałośnie. Teraz nawet głos odmawiał jej posłuszeństwa. Podbiegła do niego. Sean razem z nią wyciągnął chłopaka.
-Ren...odezwij się...-łkała. Sean przyłożył ucho do jego klatki.
-Oddycha.-powiedział i zaczął rozpinać jego koszulę tuż nad mostkiem. Jeśli chcieli aby żył, musieli szybko działać. Mógł się nałykać dużo wody, przez co stracił przytomność. Rudowłosa przetarła dłonią oczy, z których napływały liczne łzy. Nigdy nie pozwoliła na to aby ktoś widział jak płacze. Nawet gdy zginął jej ojciec, lecz teraz nie powstrzymywała ich.
-Ja to zrobię. -powiedziała i nachyliła się nad Renem. Sean przytaknął. Złożyła ręce i szybkim ruchem naciskała co kilka razy jego klatkę piersiową. Złączyła jej usta z jego ustami i przekazała mu tym samym powietrze. Po chwili Ren podniósł głowę i wypluł nadmiar wody.
-Ayren...?-zapytał lecz po tym znów jego głowa opadła na ziemię.
-Zabierzmy go stąd. -powiedział Sean. Usłyszeli rżenie konia. Za nimi siedzieli na koniach znajomi Seana.
-Pomóżcie nam. -rozkazał czarnowłosy chłopak i wspólnie, ostrożnie przymocowali nieprzytomnego Rena na gniadym koniu i ruszyli do domu.
Drzwi otworzyła Keyli.
-Co...-głos zamarł jej w gardle.
-Żyje, ale jest nieprzytomny.- powiedział Sean i położył go za pomocą swoich towarzyszy na łóżku.
-Ale...co się stało?-zapytała nieśmiało Rianna. Ostatnie wydarzenia były wręcz przygnębiające. Najpierw Ayren, później Ren.
-Znaleźliśmy go na wybrzeżu rwącej rzeki. W dole Kanionu Śmierci. -oznajmiła cicho Ayren. Jej oczy wciąż miały przed sobą chłopaka, pomiędzy skałami. Teraz leżał bezpieczny, jednak i tak się o niego martwiła. Odkąd została Pogromcą Smoków byli najlepszymi przyjaciółmi. Nigdy nie pomyślała, że coś mogłoby stanąć im na przeszkodzie. Nawet smoki. Wzięła do ręki krzesło i oparła je przy ścianie, obok łóżka Rena.
-Zostanę z nim. -szepnęła nie patrząc swoim przyjaciołom w oczy. Nadal miała czerwone ślady po słonych łzach. Nie myślała teraz o swoim bólu, które zadawały jej mięśnie, jak z resztą posiniaczone ciało. Liczyło się tylko to co było teraz. A teraz liczył się tylko on.

Czy to właśnie w takich chwilach człowiek odkrywa na czym lub na kim tak naprawdę mu zależy? Trudne chwile, są wiecznymi próbami przetrwania, które ukazują się w niespodziewanych momentach. Są nie tylko po to aby wbijać nam ostrza prosto w serce. 
One są również po to abyśmy stali się silniejsi.
 Silniejsi na wszystko co dobre i złe.

czwartek, 26 września 2013

Walka

Niebo raz po raz przecinały jasne błyskawice. Groźne burzowe chmury wezbrały się na niebie, z którego zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu. Chłopak jadący na koniu nie przejmował się tym. Jedyną myślą, która teraz nie dawała mu spokoju, było to, że może być już za późno. Chciał i miał taką cichą nadzieję, że jednak jego przeczucie okażę się zgubne i zauważy całą i zdrową Ayren siedzącą na koniu, która właśnie wracała do miasta.
        Nagle jego wzrok przykuły ciemne smugi dymu, unoszące się ku górze. Zatrzymał gwałtownie konia i rozejrzał się po okolicy. Gdzieś nad linią horyzontu mignęły mu języki ognia, które unosiły się coraz wyżej. Ruszył gwałtownie, popędzając konia.
Nie... Tylko nie to...Zacisnął pięści, posuwając się naprzód. Czuł, jak powietrze staje się coraz bardziej gorące i parzy go w policzki. W ten otoczyła go ściana żywego ognia, który zachłannie wyciągał ku niemu swe szpony. Ogier Nightmare zarżał przerażony, przebierając szybko kopytami w miejscu, co chwilę stając dęba, jakby chcąc odgonić od siebie śmierć.
- Ciii... Spokojnie. - Dotknął spoconej szyi ogiera, przejeżdżając po niej dłonią. Zwierze zastrzygło uszami, wyłapując uważnie każde jego słowo. Chłopak miał spokojny głos, nie chcąc jeszcze bardziej go spłoszyć.
        Po krótkiej chwili Nightmare stał spokojnie, dysząc głośno. Jego ciało przechodziły jeszcze niekiedy dreszcze, jednak nie rwał się już do szaleńczego biegu.
- Nie bój się stary, przejdziemy przez to razem, jak zawsze. - Szepnął przyjacielowi do ucha. Zwierze zarżało cicho, po chwili ruszając dzikim galopem przed siebie, omijając ognia. Ren uważnie oglądał się na boki, nie chcąc przeoczyć żadnego szczegółu. W ten dostrzegł coś w wysokich trawach. Jakieś ciało, leżące bezwładnie pośród panoszącej się śmierci.
- Ayren! - Krzyknął na tyle głośno, ile mógł. Nic to nie wskórało, gdyż dziewczyna nadal nie dawała żadnych znaków życia. Popędził konia, który przeskoczył przez bramę ognia i gładko wylądował na ziemi tuż obok rudowłosej. Ren zszedł z Nightmar'a i podbiegł do niej.
- Ayren! Obudź się, proszę. - Odgarnął niesforny kosmyk włosów z jej twarzy. Była cała blada. Wziął ją na ręce i razem z nią wszedł na konia. Objął ją w pasie nie chcąc, aby spadła podczas jazdy.
        Nagle z nieba wyrwał się ogłuszający ryk, od którego aż zatrzęsła się ziemia. Szatyn zmrużył oczy, wpatrując się w ciemne obłoki chmur górujących wysoko. Poczuł jak serce podchodzi mu do gardła, a oddech grzęźnie w płucach.
- Ruszaj! - Wydał krótką komendę wierzchowcowi, który zrobił jeszcze jeden skok nad płomieniami, po czym ruszył prostą drogą przed siebie, omijając dalsze przeszkody.
        W ten z nieba ukazała się ogromna sylwetka łuskowatego gada. Wydał on z siebie jeszcze jeden ogłuszający ryk, rozkładając śmiercionośne szpony i rozwierając paszcze.
Mogłem się tego domyśleć... Tylko.. A niech to! Nie dam mu rady na otwartej przestrzeni!- Dalej Nightmare! - Pośpieszył konia, któremu zaczynało po woli brakować sił. - Dasz radę... - Szepnął do przyjaciela. Zwierze zrozumiało przekaz swojego jeźdźca i nie bacząc na przeciwności losu, przyśpieszył.
- Dobry konik. - Szatyn uśmiechnął się nikle, spoglądając na nadal nieruchomą twarz rudowłosej, która spoczywała w jego ramionach.
        Nagle wstrzymał gwałtownie zwierze, które prawie stanęło dęba. Zszedł z jego grzbietu i przymocował do niego nadal nieprzytomną Ayren. Pogłaskał ją po policzku, ponownie odgarniając kosmyk włosów, po czym wydał komendę:
- Nightmare... Jedź... - Ogier zastrzygł uszami i wierzgnął. Nie chciał zostawiać swojego pana samego na pastwę śmierci, która dzisiaj ochoczo zbierała swe żniwa.
- Proszę, to jedyna szansa. - Pogłaskał go po chrapach i uśmiechnął się delikatnie. - Jedź! - Ponaglił go, sam wyjmując miecz z pochwy. Zwierze jeszcze przez chwilę stało i przyglądało się jego poczynaniom, po czym ruszyło przed siebie.
        W tej sytuacji mogło to wydawać się śmieszne i niedorzeczne, że jedna, samotna osoba staje do walki ze smokiem. Wiadomo było, że wynik tego meczu jest przesądzony. Jasne, że się bał. Po prostu strach maskował nienawiścią, która płynęła z jego serca. Jego wszystkie uczucia, do tej pory kumulowane w jednym miejscu, wylały się. W chwilę potem zapomniał o strachu. Był tylko on i smok, który wpatrywał się w niego z żywym zainteresowaniem.
Czy on się chcę ze mną bawić? Nie... Raczej chcę pobawić się MNĄ. Gad przejechał szponami po ziemi, robiąc w niej spore wgłębienia. Szatyn wykorzystał okazje i wspiął się na jego grzbiet, wypuszczając linkę, która przyczepiła się do potwora. Smok machnął jeszcze raz ogonem, chcąc zrzucić go z siebie, jednak nie udało mu się to. Ren wyjął jeszcze jeden miecz i z okrzykiem dzikiej bestii wbił go poczwarze w kobaltowe oko. Smok ryknął przeraźliwie. Jego płacz przepełniony był bólem i nienawiścią do rasy ludzkiej. Polała się krew, która na długo zostanie zapamiętana. Zamachnąwszy się drugim mieczem, wbił go w drugie oko smoka, który zaryczał jeszcze przeraźliwiej. Nagle chłopak straciwszy równowagę, stoczył się z ciała ogromnego gada i zderzył swoje ciało z twardym podłożem. Jęknął cicho, tłumiąc w sobie ból. Szybko jednak wstał i spojrzał na smoka, który wznosząc pysk ku niemu, nadal walczył sam ze sobą, próbując cokolwiek zobaczyć. Krew zalewała mu pysk i skapywała na ziemię. Szatyn nie tracąc więcej czasu, odnalazł niewielki lasek w oddali i szybko podążył ku niemu.
        Będąc na miejscu, skrył się za drzewem, łapiąc oddech. Osunął się na ziemię i spojrzał na swoje ubrudzone krwią dłonie, które nadal drżały.
Niech to... Pewnie zaraz mnie wywęszy... Stępiłem wszystkie miecze... Wyjął ostatnie ostrze z pochwy i przez chwilę spoglądał się we własne odbicie, które w nim ujrzał. Nie myśląc długo, odrzucił miecz na bok, który z brzdękiem odbił się od ziemi.
A więc tak zginę... Nagle usłyszał znajome mu rżenie. Uniósł zaskoczony głowę i ujrzał przed sobą dumnie stojącego Nightmar'a. Wstał chwiejnie i podbiegł do niego.
- Hej, stary... Co się stało? Gdzie masz Ayren? - Pogłaskał go po szyi. Ogier zarżał cicho.
- Rozumiem, pewnie jest bezpieczna... - Odetchnął z ulgą, po czym wsiadł na jego grzbiet. Razem wyjechali z lasu, omijając nadal gniewnie ryczącego smoka. Gad, gdy tylko ich wyczuł, ruszył w szaleńczy pościg na oślep, zrównując z ziemią wszystko co napotka na swej drodze.
- Szybciej, szybciej... - Popędził ogiera, nachylając się nad nim. W ten zauważył przed sobą przepaść. Nie myśląc nic więcej podążył w jej kierunku. Będąc dostatecznie blisko... po prostu skoczył, nie przejmując się, że leci w dół tam, gdzie rwąca rzeka niesie ze sobą trupy.

Pracowity dzień

To miał być właśnie ten dzień, który jest najzwyklejszy ze wszystkich i nic możliwie ciekawego miało się nie stać. Na kobaltowym niebie powoli mknęły stada białych obłoków, przez które prześwitywały ciepłe promienie słoneczne. Idzie wiosna. Pora roku, gdzie natura budzi się do życia. Wszystko rozkwita w jasnych barwach i zmienia się na lepsze. Właśnie tak miało być.
                              
                                                                                ~♦~


   Blondwłose dziewczę o błękitnych, wesołych oczach przemierzało uliczki miasteczka Rose. W dłoni kurczowo ściskała ramię od wiklinowego kosza, w którym spoczywały owoce, oraz świeże pieczywo. Uśmiechała się wesoło, machając w kierunku tak dobrze znanych jej twarzy, które mijała.
- Dzień dobry, panie Jean.
- O! Keyli, witaj. - Starszy pan z poczciwym wyrazem twarzy, oraz szarych, mądrych oczach uśmiechnął się do dziewczyny. - Jak mija ci dzień?
- Wyśmienicie, a panu? Widzę, że zdrowie już dopisuje. Tak trzymać! Musi mnie pan przecież jeszcze z dziesięć razy ograć w karty. - Zaśmiała się cicho, ruszając dalej przed siebie. Zdążyła jeszcze odmachać staruszkowi, który z widoczną poprawą humoru odwzajemnił gest, idąc w swoją stronę.
       Gdy dotarła na miejsce, zauważyła przed piekarnią dobrze znaną jej osobę. Szatynka z widoczną determinacją w oczach zamiatała wejście do sklepu denerwując się z ciągłego kurzu, który ani to chciał opaść.
- Daj spokój, Ria. - Machnęła ręką blondynka, kręcąc z politowaniem głową. - Tego dziadostwa się nie pozbędziesz. Jest wszędzie i będzie wszędzie. Nawet na twoim nosie. - Zaśmiała się i tyknęła palcem wskazującym nos zdezorientowanej szatynki.
- Ty jak zwykle pozytywna. Chciałabym taka być jak ty. - Uśmiechnęła się delikatnie, odkładając miotłę.
- Nauczyłam się tego po stracie wszystkich. - Wyznała po chwili Keyli, uśmiechając się chłodno i spuszczając wzrok. - Od dziecka wychowywałam się sama. Nie znałam swoich rodziców. Ponoć zginęli, gdy byłam mała. Nie pamiętam ich i nie czuję do nich żadnej specjalnej więzi. Wtedy spotkałam pierwszych i prawdziwych przyjaciół. To oni przygarnęli mnie z ulicy. Staliśmy się wtedy jedną wielką rodziną. Jak w rodzinie: są kłótnie, sprzeczki, jednak zawsze jakoś dawaliśmy radę. Wtedy... Przyszedł smok. Zabił wszystkich. Znowu zostałam sama. Wtedy poznałam Ayren i Rena. Jak się okazało, oni również nie mieli kolorowego życia. Postanowiliśmy razem walczyć ze smokami i w wieku dziesięciu lat staliśmy się Pogromcami smoków. Dokładnie wiedzieliśmy czego chcemy. Nie, to nie była zemsta. Chcieliśmy pomagać innym, którzy zaznali tego samego cierpienia. Teraz rozumiesz, mam rację? - Spojrzała się na brązowowłosą, która przez ten cały czas słuchała jej z wielkimi oczami.
- Wybacz.. Ja.. Nie wiedziałam...
- Nie szkodzi. - Odparła już wesoło Keyli, łapiąc Rianne za rękę. - Obiecaj mi chociaż jedno. - Spojrzała jej prosto w szmaragdowe oczy. - Nie zgiń. Żyj i nie umieraj.
- Obiecuję. - Odparła po chwili brązowowłosa, kiwając głową. Wiedziała, że to co mówi blondynka ma głębsze wyznanie i bardzo jej na tym zależy. Uśmiechnęła się i zasalutowała. Keyli zaśmiała się cicho. Nagle obie usłyszały stukot końskich kopyt. Odwróciły się instynktownie za siebie i ujrzały Ayren, galopującą na grzbiecie ogiera.
- Ayren! - Wykrzyknęła Keyli na powitanie przyjaciółki. - Chcesz kupić pieczywo? A tak w ogóle, to co robisz na koniu?
- Jadę na północny zachód, za odległy las. Muszę coś przekazać. Możliwe, że nie zdążę na nasze spotkanie.
- No dobrze, przekażę Renowi. Uważaj na siebie!
- I kto to mówi... - Mruknęła i zaciągając wodzę, odjechała. Przez jeszcze dłuższą chwilę milczały obie milczały, wpatrując się w miejsce, z którego odjechała rudowłosa.
- O co jej chodziło? - Zagadnęła po chwili Rianna.
- Hm? - Blondynka spojrzała się na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem.
- "I kto to mówi?"....
- Heh... Wiesz, gdyby nie moja umiejętność, już dawno by mnie tu nie było, a nawet byś mnie nie poznała. - Uśmiechnęła się tajemniczo, wchodząc do sklepu. Szatynka podążyła za nią.
- A-ale! Nie rozumiem... - Mruknęła.
- Wybacz, nie mogę ci na razie powiedzieć. Za krótko tu jesteś. - Westchnęła. - Obiecuję, że kiedyś wszystko ci wyjaśnię. A teraz idź za ladę robi dobre wrażenie! - Popchnęła ją w stronę lady, zza której miała rozdawać ludziom świeże pieczywo. Rianna pokręciła z politowaniem głową i nie mając innego wyboru podążyła w kierunku swojego miejsca pracy, a raczej została zmuszona do tego. W tym czasie Keyli zajęła się rutynowym sprzątaniem sklepu. Czyściła pułki i zmiatała kurze. Nawet szatynka widziała w jej ręce miotłę, która ruszyła w obroty razem z nią samą.
       Szatynka zwiesiła głowę, chcąc policzyć zarobione pieniądze, jednak uniemożliwiły jej w tym włosy, które opadły na jej twarz.
- Kurcze. - Syknęła pod nosem. Blondynka podeszła do niej, tykając w ramię.
- W porządku? - Spytała, nachylając się ku niej.
- Tak, tak.. Tylko te włosy. - Westchnęła. - Kiedyś miałam dłuższe, teraz mam do ramion. Ciągle mnie irytują.
- Rozumiem. - Uśmiechnęła się i bez słowa ujmując kosmyki jej brązowych włosów spięła spinkom. - Tak chyba będzie lepiej.
- Dziękuję.... - Mruknęła po chwili zdziwiona Rianna przejeżdżając palcami po włosach.
- Nie ma za co! Przynajmniej teraz nie będą ci przeszkadzać. - Puściła do niej oczko i ponownie zabrała się do swojej pracy.
        Po jakimś czasie porządki zostały uznane za zakończone. Obie dziewczyny wykończone pracą przysiadły na schodkach prze sklepem. Napawały się widokiem słońca górującego wysoko na płaszczyźnie nieba, oraz delikatnym wietrzykiem, który głaskał ich twarze.
- Ładnie, co? - Uśmiechnęła się delikatnie Rianna.
- Taaa... Ładnie. - Westchnęła blondynka, jedząc kawałek pieczywa, który spoczywał w jej dłoni.
- Hej dziewczyny... - Nagle ni z tond, ni zowąd usłyszały głos.
- O! Ren! Hej! - Zaśmiała się Keyli, wręczając mu bułkę.
- Nie, dzięki. Nie jestem głodny. A gdzie macie Ayren?
- Aaa właśnie, kazała ci przekazać, że jedzie na północny zachód, za odległy las. Musi przekazać jakąś ważną wiadomość. - Wyjaśniła Keyli. Chłopak przez chwilę bez sensu wpatrywał się pusto w ziemię nie odzywając się ani słowem. Dopiero po chwili odzyskując trzeźwy rozum, nawet nie żegnając się z dziewczynami, odbiegł.
Cholera! Keyli! Czy ty rozumy postradałaś, że dopiero teraz mi mówisz!
Pomyślał, przyśpieszając. Szybko wsiadł na konia i nie dbając o to, że słońce niedługo zajdzie, wyjechał z miasta. Bał się. Nie chciał tego przyznać, jednak bał się, że ją również może stracić. Zacisnął pięści, przyśpieszając.
Jeśli smoki nacierają z zachodu, to oznacza, że powinienem się teraz modlić, aby nie było za późno.
Wyjął z kieszeni srebrny, delikatny łańcuszek. Jedynie to w tej chwili pozostało mu po niej. Zamknął oczy, skupiając się maksymalnie na przedmiocie, który ściskał w dłoni.
Gdzie jest Ayren... W ten w jego głowie ukazał się nieco rozmazany obraz drewnianej chatki, która samotnie stała w środku lasu. Doskonale znał to miejsce. Wiedział już, gdzie ma się udać. Teraz tylko oby nie było za późno.

                                                                          ~♦~


     W tym czasie, do wioski wjechał czarnowłosy chłopak siedzący na koniu, a za nim reszta eskorty. Na płaszczach widniał smok, oraz dwa skrzyżowane miecze. Ludzie rozstępowali się z drogi, chcąc zrobić dla nich przejście. Niektórzy z nich spoglądali z pogardą na Pogromców, inni z dumą.
- Braciszku, patrz! To pogromcy smoków! Ponoć ich symbol na płaszczach, oznacza wolność.
- Świat wolny od smoków, super! - Nagle czarnowłosy usłyszał rozmowę dwójki dzieciaków, które z iskierkami w oczach spoglądały zza ramy okna na konwój. Uśmiechnął się nikle, popadając w zadumę, z której wyrwał go inny głos.
- Sean, nie myśl o tym. Nie przywrócisz ich do życia. Odpuść.
- Wiem. - Odparł chłodno po chwili. Zsiadł z konia, oddając go w dobre ręce, a sam ruszył w kierunku budynku, nad którym widniał szyld pod nazwą "piekarnia". Stanął przed dwoma dziewczętami siedzącymi na kamiennych schodkach, tuż przed budynkiem i uśmiechnął się lekko.
- Kope lat, Keyli. Dawno się nie widzieliśmy.
- Sean! Stary dziadzie! Dobrze, że żyjesz. Ren i Ayren ucieszą się, gdy cię zobaczą. - Wstała i zasadziła przyzwoitego kuksańca w ramię chłopaka.
- Właśnie: Gdzie są Ayren i Ren? - Spytał, nawet nie zwracając uwagi na Rianne, która z wymalowanym skupieniem na czole przyglądała się chłopakowi, który prowadził dialog z Keyli.
- Ayren pojechała na północny zachód. Musiała coś załatwić. Ren? Szczerze - to nie wiem. Przed chwilą był, a teraz go nie ma. Ranyy jaki ten świat jest dziwny.
-.... A żebyś wiedziała, Keyli. - Mruknął pod nosem Sean, spuszczając wzrok. Po chwili westchnął i przez chwilę zatrzymał swój chłodny wzrok na Riannie. Dopiero teraz mogła przestudiować dokładnie rysy jego twarzy. Miał ciemne, głębokie oczy, oraz czarne włosy, które podróżowały gdzieś na cztery strony świata niczym Indiana Jones. Nie zadając więcej pytań, po prostu odszedł, zostawiając je same.
- Keyli... Kto to był? - Spytała po chwili Rianna, spoglądając na swoje dłonie ułożone na kolanach.
- To? Ah, toż to Sean. Był kiedyś w naszej grupie, jednak chęć "zwiedzania świata" uczyniły go zwiadowcą, podróżującym po świecie i szukającym smoków. Wybacz za niego. Po prostu nie lubi zbytnio ludzi. Toż to cud, że w ogóle nas nie pozabijał jak był w naszej grupie. Sama nie wiem, dlaczego taki jest. Może nikt nie potrafi go zmienić. - Westchnęła. - Moim zdaniem, za bardzo ryzykuje. Kiedyś ta cienka linia jego życia, może gwałtownie pęknąć, a wtedy już nikt nic na to nie poradzi. - Westchnęła smutno. - No nic, pomóż mi jeszcze trochę przy sklepie, dobrze? Wybacz, że cię tak ciągam, jednak jesteś w tej chwili jedyną osobą, która chce mi pomóc i ma czas.
- Nie ma sprawy. - Szatynka uśmiechnęła się i obje ponownie weszły do sklepu.

                                                                                 ~♦~


     Powoli zaczynało się już ściemniać. Ciemne chmury, które napływały z zachodu powoli zakrywały płaszczyznę nieba. Szatyn nadal gnał przed siebie, nie zwracając uwagi na silny wiatr, który próbował go zatrzymać. Wiedział, że teraz nic nie może go zatrzymać. Nawet wiatr.
       Gdy teraz tak myślał o tym wszystkim, przypomniał sobie, że to dzisiaj wraca ekipa zwiadowców, które wyruszyli miesiąc temu i w których ekipie był Sean. Na samo wspomnienie o starym znajomym na jego usta wpłynął lekki uśmieszek. Pamiętał, jakby to było wczoraj.
- Głupek! Ty nigdy nie będziesz taki silny, jak ja! - Czarnowłosy chłopczyk przyciskał do ziemi drobnego szatyna, którego policzki były całe czerwone od nadmiaru wysiłku, oraz braku powietrza. Zepchnął on z siebie w końcu bruneta i spojrzał się gniewnie w jego ciemne, nic nie wyrażające oczy.
- Żebyś wiedział, Sean. Kiedyś, gdy zostanę prawdziwym Pogromcą Smoków, pokonam cię przy wszystkich!
Rozumiesz?! - Wykrzyknął czując, jak złość kumuluje się w nim.
- Będę na to czekał, Ren. - Uśmiechnął się jadowicie. Przez chwilę mierzyli się jeszcze spojrzeniami, z których biły błyskawicę, a po chwili obaj przybili sobie piątkę.
Szatyn jadący na koniu zaśmiał się cicho, spoglądając w niebo.
- Jak wrócę żywy, pokonam cię, Sean. - Powiedział sam do siebie, jadać dalej przed siebie w nieznane. W końcu musiał kogoś odnaleźć.


    

Iskierka nadziei pośród płomieni

Po dłuższej chwili Pogromcy Smoków wrócili do Rianny. Ayres nie miała zbyt zadowolonej miny. Nikt nie miał.
-I co?-zapytała szatynka, która przez napięcie między nimi nie mogła już dłużej wytrzymać. 
-Smoków jest coraz więcej. Dziś rano zginęło pięciu rycerzy. Ponoć te stworzenia pojawiają się bardziej z zachodu. -opowiedziała w skrócie obojętnym głosem Ayres. Pominęła jedno. Mianowicie to, że ludzie z zamku zaczynają szemrać, że to ich wina.
-Powinniśmy już wracać. Muszę jeszcze pomóc kilku osobom z wioski.-powiedziała i miała już iść z powrotem nie zważając na innych, jednak gdy usłyszała pytanie Rianny natychmiast się zatrzymała. 
-Czy książę też należy do Pogromców Smoków? -zagadnęła.
-Spotkałaś się z nim?-zapytała. Ayren była osobą bardzo spostrzegawczą, nie wspominając już o tym, że ciężko było przed nią kłamać. 
-Tak. Jak tylko poszliście przyjechał na swoim koniu. Trochę z nim porozmawiałam i nie jestem pewna czy on naprawdę jest księciem. Nie był ani szarmancki, ani uprzejmy. - na te słowa rudowłosa prychnęła.
-Szarmancki? Uprzejmy? Jak ty mogłaś sobie tak o nim myśleć. 
-Czyli to był książę?
-Tak...i nie jest jednym z nas.- odpowiedziała jej Keyli.
-Nigdy nie był jednym z nas i nigdy nie będzie. -dopowiedział Ren.
-To dlatego tak mówił o was...-szatynka ucięła się w język. 
-Co mówił?!- Ayren podeszła do dziewczyny i spojrzała gniewnie w jej oczy. 
-Ayren wiesz jaki on jest...-Keyli starała się załagodzić sytuację. 
-Co on mówił?!-powtórzyła
-Mówił, że...po prostu na was narzekał...
-Czyli?!
-''Ci nic nie warci pogromcy jak zwykle do niczego się nie przydają''-przypomniała jego słowa. 
-Oj nie dobrze...-westchnęła cicho Keyli do Rena. Wiedzieli jakie będą tego skutki.
Rudowłosa szybkim krokiem szła ścieżką powrotną. Wyjęła miecz z pochwy.
-Co za smarkacz! Gamoń, głupek, podły szczur...- przy każdym wypowiedzianym słowie miecz w jej rękach wbijał się w korę drzew, które rosły wokół.- Oszust, zarozumiały egoista, wredny...
-Ona tak zawsze?- zapytała cicho Rianna, a Keyli pokiwała tylko nie znacznie głową.
-Ayren odpuść sobie...-zaczęła optymistka, jednak gdy ruda się do niej odwróciła z płomieniem w oczach i mieczem w ręku, ta szybko zamilkła. 
-Ayren...Keyli ma rację. -Ren podszedł do niej i nie zważając na to, że rudowłosa mogłaby teraz ukatrupić każdego kto stanie jej na drodze, odwrócił ją do siebie i położył jej ręce na ramiona. Spojrzał jej w oczy. 
-Wiesz, że to stuprocentowy troll. Wszyscy wiemy, ale powinnaś się uspokoić. On się nie zmieni i pewnie on sam chce, abyś się przez niego wkurzyła. 
Dziewczyna przez dłuższy czas wpatrywała się w spokojne oczy Rena. Jak on mógł tak do niej przemawiać, gdy jakiś parszywy szczur ich obraża?! Choć z drugiej strony może rzeczywiście przesadziła. 
-Może masz rację...-szepnęła i odwróciła wzrok. Nie lubiła przyznawać komuś racji.
-Możemy już iść dalej?
-Ta...-mruknęła pod nosem
-Świetnie. Co macie dziś do roboty?-zapytała Keyli
-Ja na razie mam na szczęście wolne.
-Ja mam trochę obowiązków...Muszę pomóc ludziom z wioski.
-A właśnie! Miałam dziś sprzedawać chleb, Rianna pójdziesz ze mną? Oczywiście jeśli chcesz.
-Jasne! Czemu nie! W sumie to i tak nie miałabym co robić. 
-Świetnie. Spotkamy się później wieczorem? Na przykład przy wielkim dębie?
-Może być. -mruknęła ruda
-My też przyjdziemy.
~♦~
Gdy dotarli do wioski każdy z nich poszedł w swoim kierunku. 
Rudowłosa zapukała do chatki pewnej pani w podeszłym wieku. Bardzo ją lubiła. Często zbierała dla niej drewno na opał i rąbała je siekierką, nosiła wodę ze studni lub pomagała jej z ogrodzie. 
-Witaj Ayren. Wejdź proszę. -kobieta zaprosiła dziewczynę do środka. Po chwili gdy była już w środku rozglądnęła się po pokoju. Drewniane ściany oraz sufit pokrywały pnącza zielonych roślin które rosły w doniczkach. Był również kominek, a nad nim półeczka z różnymi ozdobnymi drobiazgami jak figurka ptaka, czy flakonik. Przez okna tego pokoju wpadało światło oświetlające wszystkie zakamarki. 
-W czym mogę dziś pomóc?
-Wiem, że to nie codzienna prośba...Ale czy mogłabyś pojechać i dać komuś pewną rzecz?
-Rzecz? Gdzie mam ...jechać? Do kogo?
-Pan Crevan pożyczy ci konia. Umiesz jeździć konno prawda?
-Tak. -odpowiedziała bez chwili wahania. 
-Wspaniale. To nie daleko. Jakieś siedem kilometrów w jedną stronę. Dasz tę rzecz pani Tamarel. Mieszka ona za lasem na północnym zachodzie. Wiesz gdzie to jest?
-Tak. Byłam tam dawno temu. Kiedy mam jechać?
-Jeśli ci to nie przeszkadza to jak najszybciej. 
-Pójdę po konia. Co mam przekazać tej osobie?
-Ach, to w sumie nic takiego. To moja stara znajoma. Chciałam jej przekazać trochę świeżych bułek i pewien list.- szybko podała tobołek z bułeczkami i korespondencję.
-Wrócę jak najszybciej. -powiedziała, wzięła rzeczy i poszła do Pana Crevana, który mieszkał trzy chatki dalej. Właściciel domu siedział przed gankiem.
-Pani Emora mówiła, że ma pan pożyczyć mi konia. -powiedziała na ''dzień dobry''
-Tak...tak...pamiętam. Poszedł szybko za dom i przyprowadził jasno-kasztanowatego ogiera.
-Tylko zwróć mi go jeszcze dzisiaj.-powiedział wręczając wodze.
-Obiecuję. -odpowiedziała i wsiadła na konia. Przed sobą umieściła też tobołek z bułeczkami, a list schowała za pelerynę. Skinęła jeszcze głową do właściciela konia i już miała jechać na północny zachód gdy przypomniało jej się, że może się trochę spóźnić na spotkanie pod dębem.
Muszę poinformować Keyli. -pomyślała i pojechała na koniu do straganu ze świeżym pieczywem. Już z daleka rozpoznała blondynkę w towarzystwie z Rianną.
-Ayren!-wykrzyknęła na powitanie.- Chcesz kupić pieczywo? Tak w ogóle to co robisz na koniu?
-Jadę północny zachód, za odległy las. Muszę coś przekazać. Możliwe, że nie zdążę na nasze spotkanie.
-No dobrze, przekażę Renowi. Uważaj na siebie!
-I kto to mówi...-mruknęła i pojechała na północny zachód.
Droga była usłana kamieniami, która po dłuższym czasie zmieniła się w wąską ścieżkę. W końcu na horyzoncie było widać las mieszany. Jedyne co zaniepokoiło dziewczynę to ciemne chmury zbliżające się z zachodu. Wiatr zmieniał kierunek i teraz również wiał od zachodu. Przejechała przez ciemny las. Musiała zrobić też krótkie postoje gdyż nie chciała wymęczyć konia. Na granicy lasu znajdowała się dolina a tam małe miasteczko o nazwie Roselland. Tuż obok znaku na skraju lasu była mała chatka. Dziewczyna zsiadła z konia i przywiązała go do słupa. Podeszła do drzwi i zapukała głośno. Otworzyła jej starsza pani o kruczoczarnych włosach i intensywnych niebieskich oczach.
-Dzień dobry...Szukam pani Tamarel.
-To ja. -odpowiedziała krótko przyglądając się rudej osóbce.
-Pani Emora mnie przysłała. Miałam dla pani przekazać tobołek z bułkami i pewien list.
-List?
-Tak. -wyjęła list zza płaszcza i poszła po tobołek z bułeczkami. Po chwili wręczyła go kobiecie.
-Dziękuję...
-Czy coś przekazać?
-Nie trzeba...chociaż...może...Poczekaj tu chwilę.-powiedziała, weszła do chatki i zamknęła za sobą drzwi.
Po dłuższej chwili drzwiczki zaskrzypiały i znów stanęła przed nią kobieta.
-Przekaż jej ten list w podzięce.-pokazała białą kopertę. Rudowłosa szybko wzięła ją od kobiety i wsadziła za płaszcz.- Uważaj na siebie, niebezpieczeństwo czyha w każdym zakamarku.
Dziewczyna usiadła na koniu i pognała ścieżką którą dojechała aż tutaj. Coraz bardziej niepokoiły ją ciemne chmury z zachodu. Przejechała już trzy kilometry. Zerwał się mocniejszy wiatr. Zaczął padać deszcz. Po chwili było słychać już pierwsze grzmoty. Koń niespokojnie przebierał kopytami. Gdy wyjechali z lasu na rozległą, pustą dolinę dziewczyna znów poczuła niepokój. Nagle z nieba rozległ się grzmot i błysk. Piorun uderzył niedaleko nich powodując pożar na łące. Koń przestraszony stanął dęba na dwóch nogach. Rudowłosa spadła z niego na ziemię. Uderzyła mocno o głowę i była nieprzytomna. Zwierzę odbiegło od miejsca wypadku, ogłuszone przez liczne grzmoty i zaślepione przez łąkę która teraz stała w płomieniach.
Przez burzę przedarł się ryk smoka. Czy to właśnie taki koniec czekał Ayren? Zginięcie w pożarze, bądź rozszarpanie jej ciała przez ogromnego smoka, który zmierzał w jej kierunku? Czy właśnie tak giną wielcy bohaterowie? Może to właśnie jest jej przeznaczenie. Każdy żołnierz chce czymś udowodnić swoją silę i odwagę, a później zginąć w walce, lecz z honorem. Ayren jednak jest teraz bezbronna. Nie wie co się dzieje. Nie wie, że wokół niej krążą płomienie, które szepczą o jej przyszłej śmierci, a smok wypatruje w górze kolejnego ciała do rozszarpania. Żywioł czy zwierzę zakończy jej żywot? A może jest jeszcze odrobina nadziei. Nadziei która trwa do samego końca. Do samej śmierci. 

środa, 25 września 2013

Czy to sen?



Przywitały ją jasne promienie słoneczne, które z uporem maniaka pchały się tam, gdzie nie trzeba. Przetarła oczy i ziewnęła ospale. Rozejrzała się po okolicy, dając chwilę swoim mięśniom, aby doszły do siebie po zimnej nocy. Uśmiechnęła się chłodno, na samo wspomnienie o wczorajszym dniu.
Już nigdy tam nie wrócę. Nie mam najmniejszego zamiaru. Mogę doskonale poradzić sobie sama. Znajdę sobie jakąś w miarę dobrą pracę i… wszystko się ułoży, prawda? Szkoda, że to tylko moje własne marzenia, które są tak trudne do realizacji. Czasami mam wrażenie, że los kpi sobie ze mnie. Gardzi mną i robi co chcę, jak ze szmacianą lalką. Jednak żyjemy. Żyjemy, bo mamy duszę, która jest ulokowana gdzieś głęboko w nas. Gdyby jej nie było, już dawno nasz świat by zginął.
        Podpierając się sędziwej kory drzewa, podniosła swoje ciało do pionu. Tylko jedna jedyna rzecz niepokoiła ją w tym momencie.
Nie przypominałam sobie, żebym wczoraj zasnęła koło wody. Chociaż w sumie było ciemno, biegłam na oślep. Może trafiło się tu gdzieś małe źródełko, a ja po prostu tego nie zauważyłam. Głupie wytłumaczenie, ale chociaż jakieś jest.
Westchnęła i zarzucając torbę na ramię podążyła dalej przed siebie. Mgła powoli opadała, umożliwiając swobodne widzenie. Naciągnęła bardziej skórzaną kurtkę na ramiona czując jak zimno ponownie przenika przez jej skórę. Oddech tworzył charakterystyczną parę, które rozpływała się po paru sekundach. Z irytacją odgarnęła jeden kosmyk włosów za ucho, który wchodził mi do oczu.
- Teraz z tymi włosami jeszcze więcej kłopotu… - Pomyślała, kręcąc głową. Po chwili spokojnego marszu doszła do niewielkiej polany, na której pasło się stado saren. Uśmiechnęła się delikatnie widząc, jak spokojnie skubią trawę. Nagle jedno zwierze spojrzało się w jej stronę i zastrzygło uszami. Cofnęło się o krok i wbiegło dalej w głąb lasu, co uczynili pozostali.
- Nie… odchodźcie… - Wyciągnęła ku nim dłoń, choć wiedziała, że nic to już nie zmieni. Nawet zwierzęta jej nie lubią.
        Nagle usłyszała przeraźliwy ryk, który odbił się echem po lesie. Zasłoniła uszy, kuląc się pod jednym z drzew. Wszystko zwierzęta pochowały się w swoim norkach, bacznie nadsłuchując. W ten po niebie przemknęła ciemna sylwetka, zasłaniając na chwilę słońce.
- C-co to… jest… - Wyszeptała łamiącym głosem. Przez chwilę wydawało się być spokojnie. Żadnych niebezpiecznych dźwięków. Wstała i rozejrzałam się uważnie, dochodząc do wniosku, że to coś pewnie już sobie poszło. Myliła się. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że przed nią wylądował najprawdziwszy… smok. Gad miał czarne niczym noc łuski, oraz błękitne ślepia. Machnął on raz ogonem zmiatając z powierzchni pół lasu.
Czy ja śnię, czy przedawkowałam jakiś lek, którego nie pamiętam? Przecież dawno temu byłam chora, więc już dawno by powinno zadziałać i dawno powinnam już widzieć OGROMNE SMOKI!
        Krzyknęła, zrywając się do biegu, jednak tuż przed nią wylądowała wielka łapa smoka uzbrojona w ostre, śmiercionośne pazury. Gwałtownie zatrzymała się, o mało co nie przewracając do tyłu. Smok rozwarł szczękę, gotowy zadać cios, jednak w tym samym momencie coś uniosło ją w górę. Zacisnęła powieki, nie chcąc na to patrzeć. Nie chciała patrzeć.
- Nie bój się, jesteś już bezpieczna. – Usłyszała miły głos, który najwyraźniej mówił do mnie. Niechętnie spojrzała się na osobę, która przede nią stała, a raczej kucała. Była to dziewczyna o blond włosach, które sięgały łopatek. Miała duże, niebieskie oczy i była dość… dziwnie ubrana.
Czy ona należy do wojska? I co ja robię na drzewie?!
- K-kim jesteś? – Spytała nadal drżąc.
- Mam na imię Keyli. Chodź, zabiorę cię w bezpiecznie miejsce. – Uśmiechnęła się i złapała szatynkę za rękę.
- Nie! – Wyrwała jej się szybko. – Chcę wiedzieć, o co tu chodzi! Gdzie ja jestem! – Krzyknęła, czując, że zaraz wybuchnnie. Blondwlosa chciała odpowiedzieć, jednak zdążył ją uprzedzić wielki ogon gada, który zepchnął obje z drzewa, zrównując przy tym z ziemią. Rianna syknęła, czując jak ból rozchodzi się po jej ciele. Wzrokiem wyszukała dziewczyny. Leżała parę metrów dalej przygnieciona grubym konarem. Brązowowłosa wstała chwiejnie, chcąc ruszyć jej na pomoc, jednak została szybko zatrzymana przez rudowlosą dziewczynę, która złapała ją za kaptur.
- Ty. – Zagrzmiała. – Idziesz ze mną. – Nie mówiąc nic więcej, pociągnęła zdezorientowaną dziewczynę  za sobą.
- Ale! Czekaj! Ona tam zginie!
- Poradzi sobie. – Odparła beznamiętnie. Szatynka spojrzała się za siebie, jednak nie było tam już blondwłosej.
Może udało jej się uciec. Oby.
Po krótkiej chwili przestała się już wyrywać, gdyż uznała, że jest to bezcelowe.
I tak by mnie nie puściła.
- Ayren!
- Ren.. – Rudowłosa spojrzała się w stronę wysokiego szatyna, który zmierzał w naszą stronę.
Jakbym go skądś znała…
- Kto to? – Spytał, wskazując gestem na Rianne. 
- Pchała się tam, gdzie nie trzeba. Musimy stąd spadać. – Oznajmiła, ponownie ciągnąc brązowowłosą za sobą.
- A gdzie Keyli?
- Poradzi sobie. – Powtórzyła i razem we trójkę wyszli z pola bitwy na pustą przestrzeń. Szatynka odetchnęła głęboko, czując, że jest bezpiecznie. W ten rudowłosa puściła jej kaptur, a ona spotkała się w niemiłych okolicznościach z ziemią.
- Kim jesteś?
- Jestem… Rianna. – Odparła, masując sobie głowę. Dopiero teraz mogła im się lepiej przyjrzeć. Dziewczyna, która miała na imię ponoć Ayren  miała długie, sięgające pasa rude włosy i niebieskie oczy. Chłopak pod nazwą Ren, miał pół długie, brązowe włosy i ciemne oczy.|
Czemu ciągle zdaje mi się, że ich skądś znam?
       Nagle zauważyła, jak coś macha z oddali. Zmrużyła oczy i dopiero po chwili ujrzała postać uśmiechniętej blondynki, zmierzającej w ich stronę.
- Obecna! – Zaśmiała się cicho, odgarniając włosy do tyłu.
- Dobrze, że żyjesz. A teraz wracajmy do zamku.
- Jakiego zamku?! – Wykrzyknęła Rianna. – Co tu chodzi?!
- Jeśli z nami nie pójdziesz, to zaciągnę cię siłą ty..!  - Zaczęła Ayren jednak Keyli szybko jej przerwała.
- Ayren, kochanie, uspokój się. – Westchnęła, zwracając się po chwili do szatynki. – Posłuchaj mnie. Jeśli nie pójdziesz z nami, ten smok prędzej czy później i tak powróci, a my ci wtedy nie pomożemy. Miałaś wielkie szczęście, że byliśmy w pobliżu, więc błagam cię, chodź z nami, a obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię po drodze, dobrze? – Nie miała ochoty się z nią kłócić. Poza tym, widać było, że naprawdę chcę dobrze. Kiwnęła więc tylko głową, wstając z ziemi i ruszając za nimi. Ayren z Renem szli na przedzie, a Rianna z Keyli z tyłu. Chciała się wreszcie dowiedzieć, o co tu chodzi. Naprawdę nie miała ochoty się już kłócić.
- Ok. Wylądowałaś w naszym magicznym świecie. W sumie, dziwię się, że nic nie wiesz o tym świecie, jednak sądząc po tym przybyłaś z innego wymiaru. Toteż jak już wspominałam naszym światem rządzi magia. Wybudowaliśmy miasta i osady, w których żyjemy. Codziennie jednak musimy zmagać się z trudami życia i walczyć na śmierć i życie ze smokami. Są do tego dobrze wyspecjalizowane jednostki żołnierzy, do których my należymy. Jesteśmy tak zwanymi pogromcami smoków. – Wskazała na znak na tyle swojego płaszcza, który ukazywał smoka, oraz dwa skrzyżowane miecze. – Na co dzień wiedziemy spokojne życie w wiosce. Ja na przykład sprzedaję chleb. Ren jest stajennym, a Ayren pomaga w wiosce. Zwyczajnie, nie? Mamy królową i jest super. Jest jeszcze jednak zła królowa. To ona wysyła na nas smoki. Wraz ze swoimi podwładnymi chcę przejąć władzę nad całą krainą, jednak my nie pozwolimy, aby tak się stało! Dlatego właśnie staliśmy się Pogromcami Smoków. – Uśmiechnęła się promiennie, unosząc miecz ku górze.
- Super! – Pisnęła zachwycona Ria a w jej oczach ukazały się dwie gwiazdki.
- Heh, może się wydawać, jednak gdy już zaczniesz walczyć, musisz być przygotowany nawet na najgorsze. Czyli na śmierć. Jest to więc bardzo trudna praca i pełna poświęcenia. Nie wiesz, czy wrócisz żywy. Warto jednak ryzykować, to świetna zabawa! – Zaśmiała się.
- Keyli, dla ciebie to wszystko świetna zabawa. Dlatego czasami trzeba cię samą ratować. – Wtrącił się Ren, przewracając oczami.
- Hihi, daj spokój ponuraku! Po prostu ty tego nie czujesz. – Machnęła ręką.
- Że co?!
- A no tak! – Po chwili oboje zaczęli się kłócić. Szatynka pokręciła z politowaniem głową. Nagle jakby ją olśniło. Szybko wyciągnęła z torby książkę i zaczęła szybko przewracać poszczególne strony.
Chwila, chwila. Kraina magiczna, smoki, zła królowa, dobra królowa, walka ze smokami i… moi bohaterowie! Wszystko się.. zgadza. Ale to nie możliwe. Jakim cudem ja mogłam przenieść się do świata z książki?
- Wow! – Wykrzyknęła po chwili. Wszyscy spojrzeli się na nią zdziwieni tak nagłym zachowaniem. – Jesteście moimi ulubionymi bohaterami z książki! – Złapała się za głowę. – Pamiętam was. Ayren, ciebie nie zbyt lubiłam – bez obrazy. Ren – ciebie nienawidziłam. Keyli – strasznie pozytywna! Ale nie wiedziałam, że jesteście w jakiejś grupie! Czy ja coś pominęłam? – Zaczęła ponownie nerwowo wertować strony.
- Z książki? – Zdziwiła się Ayren, mrużąc oczy. – Pokaż. – Wyciągnęła rękę w stronę Rianny. Posłusznie ulokowała w jej ręce książkę. Dziewczyna zaczęła dokładnie przeglądać wszystkie strony, a po chwili wydała z siebie okrzyk.
- O! Patrzcie, jesteśmy sławni! – Wskazała palcem na swoje zdjęcie. Keyli i Ren w sekundę pojawili się u jej boku z wielkim „łaaał, to serio my”
- Nie, bo święty mikołaj. – Wgryzła się brązowowłosa. – Naprawdę, to wy! O rany, to jest… moje spełnienie marzeń. Kocham was, no! – Zaśmiała się, kręcąc w kółku. Uśmiechnęli się oni wesoło i ponownie pociągnęli za sobą.
- Musimy dotrzeć do zamku.
- I omijać księcia. – Wtrąciła Keyli nieco zdegustowana.
- Dlaczego?! Oh, książę! Marzyłam, aby go zobaczyć! – Westchnęła rozmarzona. Zrobili wielkie oczy i spojrzeli się na nią jak na chorą umysłowo.
- Nie wiesz, co mówisz…
- Ale co, coś nie tak? – Spytała.
- Zobaczysz…
Resztę drogi przebyliśmy w zupełnym milczeniu. No, może od czasu do czasu ktoś rzucił pytanie „daleko jeszcze?”. Poza tym nikt nic nie mówił. Ria byłam zbyt podekscytowana tym wszystkim, aby myśleć trzeźwo.
        Po jakimś czasie dotarli do murów zamku. Widok aż zapierał dech w piersiach. Wyobrażała go sobie wiele razy, jednak nigdy nie sądziła, że zobaczy go na żywo.
- Jesteśmy w domu. – Oznajmiła Keyli, uśmiechając się.
- Patrzcie, ktoś jedzie w naszą stronę. – Wtrąciła Ayren. Rzeczywiście tak było. Postać w jasnym płaszczu, galopująca w ich stronę.
- Wiadomość od Króla! – Ogłosił, gdy był dostatecznie blisko. – Wasz zespół jest widziany na dworze Królewskim w tej chwili, zrozumiano? A to kto? – Wskazał na szatynkę.
- Mam na imię Rianna. – Przedstawiła się. – Jestem jakby to powiedzieć „ta nowa”.
- Rozumiem. – Prychnął pod nosem i odjechał.
- Nie zbyt miły. - Mruknęła Ria, krzywiąc się lekko.
- Nie martw się. - Uśmiechnęła się Keyli, kładąc jej rękę na ramieniu. - My niedługo wrócimy. Musimy się wstawić na dworze Królewskim. Gdy wrócimy, opowiemy ci o wszystkim, dobrze? - Brązowowłosa kiwnęła głową z delikatnym uśmiechem. Usiadła sobie wygodnie, obserwując, jak odchodzą w stronę zamku. Peleryny dumnie powiewały na wietrze, prezentując ich godło.
Wow... To jest super... Rozmarzyła się, obejmując kolana rękami. W ten usłyszała stukot kopyt, który z każdą chwilą nasilał się. Uniosła głowę i spojrzała przed siebie.
- K-książę... - Wyszeptała, nie dowierzając temu, co widzi. Młodzieniec zmrużył lekko oczy, przyglądając się dziewczynie.
- Kim jesteś? - Spytał.
- Mam na imię Rianna, Książę. - Wstała i ukłoniła się lekko.
- Z tego co widzę, jesteś nowa w Królestwie. - Westchnął. - Zgaduję, że napadły cię smoki. - Prychnął pod nosem. - Ci nic nie warci pogromcy jak zwykle do niczego się nie przydają.
Nic nie warci? Czy on aby nie należał również do nich, a sam narzeka? - Nie ważne, nie mam czasu na użeranie się z nowymi. - Westchnął i po chwili odjechał. Szatynka przez dłuższą chwilę stała jeszcze w bezruchu. Nie zdążyło do niej dojść, co się stało. Przecież Książę, którego sobie wyobrażała, był zupełnie inny. Miły, tolerancyjny, szarmancki, życzliwy.
Kto to w ogóle był? Jeśli to był Książę, to ja jestem mikołajem. Ponownie usiadła sama nie wiedząc, co ma o tym myśleć. Postanowiła, że spyta się co nieco nowo poznaną grupę pogromców, gdy wrócą od Króla.

wtorek, 24 września 2013

Ucieczka przed samą sobą


Dzień zaczął się zwyczajnie…
Najpierw na wpół przysłonięte cieniem nocy niebo, wkradły się pierwsze promyki słońca, które powoli wyłaniało się zza linii horyzontu migoczącej gdzieś hen w oddali. Wszystko zaczęło budzić się do życia. Wiatr tańczył z liśćmi, wirując z nimi w powietrzu i poruszał bujnymi trawami o soczystej, zielonej barwie. Zwierzątka wychyliły swoje pyszczki, sprawdzając, czy aby na pewno jest bezpiecznie, aby po chwili całkowicie wyjść na powierzchnię. Krople rosy powoli znikały, migocząc w słońcu. Lekki wietrzyk wprawiał w przyjemny nastrój.
        Kąciki ust dziewczyny siedzącej przy oknie mimowolnie powędrowały ku górze. Wpatrując się w ten poranny krajobraz czuła, że żyje. Tak jakby mogła przemierzać nieznane lądy, pokonywać wysokie szczyty górskie. Tak jakby mogła zrobić wszystko, była wolna niczym ptak. Jednak właśnie codziennie marzy o tym ptaszek zamknięty w klatce. W wielkiej klatce, z której co dzień ogląda świat zewnętrzny wyciągając ku niemu zachłannie ręce. Zawsze jednak jest o krok za daleko, aby móc wyfrunąć - pech.
- Rianna, zejdź na dół dziecino. - Nagle szatynkę brutalnie do rzeczywistości przyciągnął głos, który rozbrzmiał tuż koło jej ucha. Wzdrygnęła się mimowolnie i odwróciła wzrok w kierunku postaci, która za nią stała.


- Wybacz, ciociu. - Szepnęła, spuszczając wzrok. Kobieta o ciemnych włosach i surowym spojrzeniu tak naprawdę nie była jej ciocią. Wychowywała ją od czasu, gdy jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Nigdy nie czuła do niej zbyt dużej więzi, jednak kobieta kazała zwracać się do siebie "ciociu". Nie przeszkadzało jej to. Jak mus, to mus.
- Znowu spóźnisz się do szkoły. - Przerwała chwilę ciszy, spoglądając za lustro szyby na świat zewnętrzny. -

Nie wiem, co ty tam widzisz, jednak radzę ci, abyś szybko o tym zapomniała. – Zmrużyła lekko oczy. Jej głos brzmiał spokojnie, jednak dało się w nim wyczuć nutkę groźby.
- Oczywiście... ciociu. - Przygryzła nerwowo dolną wargę i szybko łapiąc torbę zbiegła na dół po kręconych schodach. Czuła, jak łzy same cisną jej się do oczu. A tyle razy obiecywała sobie, że nie będzie płakać. Przecież minęło już dziesięć lat.
        Przystanęła na chwilę, spoglądając w swe odbicie w lustrze. Długie, sięgające pasa brązowe włosy, oraz intensywnie zielone oczy, które spoglądały zza grubych szkieł okularów. Westchnęła głęboko i szybkim krokiem wyszła z domu, kierując się w stronę szkoły. Nie wiedziała, co może się stać, nie mogła tego przewidzieć, choć nie chciała tam iść. Nienawidziła tam chodzić.

Po co mi są jakieś ułamki, czy liczby algebraiczne? Kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa, jakie są rośliny tam, a jakie tam zwierzęta?Ona zamiast się uczyć wolała po prostu czytać. Wtedy mogła zapomnieć jedynie o problemach, o otaczającym świecie. Wszystko stawało się inne. Piękne, przejrzyste, kolorowe. Życie stawało się inne. Wtedy mogła robić rzeczy, o których nawet kiedyś nie śniła. Było cudownie, do czasu, gdy ktoś nie zabrał jej książki. Wtedy cały świat walił się. Była sama, niczym wzburzona łódka na morzu pełnym ludzkich dusz. Co wtedy mogła zrobić?
        Wkroczyła na teren szkoły przez potężną, żelazną bramę. Niepewnie rozejrzała się na boki sprawdzając, czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Chciała choć przez chwilę pobyć sama. Niestety nie dane jej to było, gdyż w oddali pojawiło się zagrożenie, które w szybkim tempie zbliżało się w jej stronę. Nie była ani trochę zainteresowana rozmową z tymi nędznymi podróbami lalek barbie, więc jak najszybciej odwróciła się na pięcie i wbiegła na budynku. Odetchnęła, gdy zorientowała się, że nie idą już za nią. Uśmiechnęła się delikatnie i siadając pod ścianą, wyjęła książkę. Opowiadała ona o świecie pełnym magii. Pięknym księciu, trochę zwariowanych poddanych i wielkich przygodach, oraz przeciwnościach losu z którymi musieli zmierzyć się na co dzień.
Fajnie by było móc się z nimi kiedyś spotkać. Zapewne byłoby to ciekawe. Chociaż nawet tam bym nie pasowała.
        Otworzyła książkę na stronie, na której skończyła czytać.
A, tak. Pamiętam. Wtedy wkroczył książę.
Dumnym kłusem przebył odległość mierzącą go od swojej ukochanej. Zeszedł z konia i ukłonił się szarmancko, na co księżniczka zaśmiała się cichutko.
- Madame, oto jestem. – Ujął delikatnie jej dłoń i ucałował.
- Dziękuję, że mnie ocaliłeś. – Rzekła po chwili, uśmiechając się ciepło. Książę zrobił jeszcze jeden krok. Na twarzy jasnowłosej zawitały rumieńce. Zarzuciła ręce za jego szyję i przytuliła się mocno. Nagle….

- Hej, Rianna! Wchodzimy do klasy! – Rozejrzała się zdezorientowana po wszystkich i z bólem w sercu uznała, że właśnie w tej chwili zaczęła się lekcja. Westchnęła ciężko i chowając książkę do torby razem z innymi weszła do pomieszczenia, w którym miała zacząć się lekcja matematyki.
Właśnie, bo nie ma to jak zaczynać od lekcji matematyki każdego praktycznie poranka. Przecież każdy uczeń o tym marzy aby zaczynać poranek od matematyki, prawda?
        Lekcje jak zwykle się dłużyły, ale dało się przeżyć. Szybkim krokiem wyszła z klasy zadowolona, iż nie ma żadnej pracy domowej. Tryskając radością na lewo i prawo ponownie zagłębiła się w lekturze.
Na czym to ja… a, no tak, już wiem.
Po chwili ich usta złączyły się w pocałunku, którego w tym momencie nie mógł przerwać nikt. Byli tylko oni. Zapomnieli nawet o otaczającym ich świecie. Liczyło się tylko tu i teraz.
    Nagle z nieba zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu, które w chwilę potem tworzyły ogromne kałuże na ziemi.
- Chodź, bo zmokniemy całkowicie. – Szepnęła po chwili księżniczka.
- Stajenny! Zajmij się moim koniem. – Zdążył wydać jeszcze jeden rozkaz, a po chwili zniknął w murach zamku.

(
Stajenny! Jak ja go nie lubię!)
Nagle ukazała się sylwetka chłopaka, którego brązowe włosy opadały mu na bladą twarz. Jego ciemne oczy utkwione były w niewidzialnej istocie, którą widział tylko on sam. Westchnął i podszedł do ogiera, który cierpliwie czekał, aż nim się ktoś zajmie.
- Wybacz, że musiałeś czekać. – Uśmiechnął się delikatnie, zaprowadzając zwierze do stajni. W ten….

Co? Dzwonek?! Już?... Nie…
 Niechętnie zwlokła swe doczesne zwłoki z ziemi i ruszyła za tłumem. Teraz tylko modlić się, aby ta katorga jak najszybciej minęła.
        Ok, skończyły się lekcje. Wreszcie. Spakowała ostatnie książki i poprawiła okulary, które spoczywały na jej nosie i miały usprawniać  widzenie.
Ciekawe, kto wymyślił, że ja mam wadę wzroku, choć wcale jej nie mam.
Wyszła z klasy, po chwili opuszczając szkolne mury. Skierowała się prosto do domu. Po drodze mijałam przeróżne, kolorowe domki, oraz podwórka na których wesoło skakały dzieci.
Też tak chcę…
        Po chwili jej oczom ukazała się sylwetka  domostwa. Szybko pokonała schody i weszła przed drewniane drzwi do środka.
- Ciociu, wróciłam. – Oznajmiła. Od razu jej oczom rzuciła się sterta walizek, oraz kartonów.
- O, Rianna, jesteś. To dobrze. Pakuj się, przeprowadzamy się do innego miasta.
- C-co? Nie, to niemożliwe… Nie chcę! – Wykrzyknęła.
- Nie dyskutuj ze mną. To nie ty o tym decydujesz, tylko ja. – Spojrzała się na szatynkę surowym wzrokiem, jednak dla niej teraz to było tak bardzo obojętne.
- Nigdzie z tobą nie jadę. – Wycedziła przez zęby.
- Słucham?...
- Nigdzie – z – tobą – nie –jadę, rozumiesz? Nie chcę! Tu było nam dobrze! Wreszcie znalazłam jakąś normalną szkołę, w której mam przyjaciół! A ty jak zwykle chcesz to zepsuć!
- Uspokój się, młoda damo! Na górę i pakuj swoje rzeczy.
- Nienawidzę cię! – Krzyknęła, czując, jak łzy same spływają po jej policzkach. Wybiegła z domu, nie zważając na konsekwencje, oraz nie wiedząc nawet, dokąd biegnie.
Powoli zaczynało się ściemniać, a ja uciekłam z domu. Super.
        Dobiegła do jakiegoś lasku, w którym mogła się bezpiecznie skryć. Przystanęła na chwilę, próbując złapać oddech po szaleńczym biegu.
Co ja chciałam przez to osiągnąć? Teraz będę mieć jeszcze większe kłopoty. Czy życie zawsze musi być takie okrutne….
Usiadła na ziemi, wyciągając po kolei napotkane rzeczy w torbie. Jakieś cukierki, książka, wstążki, trochę pieniędzy, komórka, lusterko. Zmrużyła oczy, biorąc do rąk ostatni z napotkanych przedmiotów. Zamachnęła się, roztrzaskując nic nie winne lusterko o ziemię. Podniosła kawałek szkła i obróciłam go parę razy w dłoni.
Jestem szalona…
Zamknęła oczy, jednym, płynnym ruchem ścinając długie włosy. Wyrzuciła szkło i drżącymi rękoma schowała resztę rzeczy do torby. Zdjęła okulary, zostawiając je tutaj. Nałożyła kaptur na głowę i ponownie ruszyła przed siebie.
Jaki był tego cel? Nie wiem, ale przynajmniej mi ulżyło.
       Po jakimś czasie czuła, jak nogi same odmawiają jej posłuszeństwa. Zimno przenikało przez każdą, najmniejszą komórkę w jej ciele, powodując paraliżujący ból. Szybko znalazła byle jakie drzewo i wdrapała się na nie. Czuła, jakby jej palce były z lodu. Schowała ręce do kieszeni kurtki, jednak i to mało dało. Objęła rękami kolana i schowałam w nich twarz. Zamknęła oczy, chcąc, aby ta błoga nieświadomość nadeszła choć na chwilę.
Panie Morfeuszu, ja chcę spać.
Chociaż raz ją wysłuchał....