wtorek, 24 września 2013

Ucieczka przed samą sobą


Dzień zaczął się zwyczajnie…
Najpierw na wpół przysłonięte cieniem nocy niebo, wkradły się pierwsze promyki słońca, które powoli wyłaniało się zza linii horyzontu migoczącej gdzieś hen w oddali. Wszystko zaczęło budzić się do życia. Wiatr tańczył z liśćmi, wirując z nimi w powietrzu i poruszał bujnymi trawami o soczystej, zielonej barwie. Zwierzątka wychyliły swoje pyszczki, sprawdzając, czy aby na pewno jest bezpiecznie, aby po chwili całkowicie wyjść na powierzchnię. Krople rosy powoli znikały, migocząc w słońcu. Lekki wietrzyk wprawiał w przyjemny nastrój.
        Kąciki ust dziewczyny siedzącej przy oknie mimowolnie powędrowały ku górze. Wpatrując się w ten poranny krajobraz czuła, że żyje. Tak jakby mogła przemierzać nieznane lądy, pokonywać wysokie szczyty górskie. Tak jakby mogła zrobić wszystko, była wolna niczym ptak. Jednak właśnie codziennie marzy o tym ptaszek zamknięty w klatce. W wielkiej klatce, z której co dzień ogląda świat zewnętrzny wyciągając ku niemu zachłannie ręce. Zawsze jednak jest o krok za daleko, aby móc wyfrunąć - pech.
- Rianna, zejdź na dół dziecino. - Nagle szatynkę brutalnie do rzeczywistości przyciągnął głos, który rozbrzmiał tuż koło jej ucha. Wzdrygnęła się mimowolnie i odwróciła wzrok w kierunku postaci, która za nią stała.


- Wybacz, ciociu. - Szepnęła, spuszczając wzrok. Kobieta o ciemnych włosach i surowym spojrzeniu tak naprawdę nie była jej ciocią. Wychowywała ją od czasu, gdy jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Nigdy nie czuła do niej zbyt dużej więzi, jednak kobieta kazała zwracać się do siebie "ciociu". Nie przeszkadzało jej to. Jak mus, to mus.
- Znowu spóźnisz się do szkoły. - Przerwała chwilę ciszy, spoglądając za lustro szyby na świat zewnętrzny. -

Nie wiem, co ty tam widzisz, jednak radzę ci, abyś szybko o tym zapomniała. – Zmrużyła lekko oczy. Jej głos brzmiał spokojnie, jednak dało się w nim wyczuć nutkę groźby.
- Oczywiście... ciociu. - Przygryzła nerwowo dolną wargę i szybko łapiąc torbę zbiegła na dół po kręconych schodach. Czuła, jak łzy same cisną jej się do oczu. A tyle razy obiecywała sobie, że nie będzie płakać. Przecież minęło już dziesięć lat.
        Przystanęła na chwilę, spoglądając w swe odbicie w lustrze. Długie, sięgające pasa brązowe włosy, oraz intensywnie zielone oczy, które spoglądały zza grubych szkieł okularów. Westchnęła głęboko i szybkim krokiem wyszła z domu, kierując się w stronę szkoły. Nie wiedziała, co może się stać, nie mogła tego przewidzieć, choć nie chciała tam iść. Nienawidziła tam chodzić.

Po co mi są jakieś ułamki, czy liczby algebraiczne? Kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa, jakie są rośliny tam, a jakie tam zwierzęta?Ona zamiast się uczyć wolała po prostu czytać. Wtedy mogła zapomnieć jedynie o problemach, o otaczającym świecie. Wszystko stawało się inne. Piękne, przejrzyste, kolorowe. Życie stawało się inne. Wtedy mogła robić rzeczy, o których nawet kiedyś nie śniła. Było cudownie, do czasu, gdy ktoś nie zabrał jej książki. Wtedy cały świat walił się. Była sama, niczym wzburzona łódka na morzu pełnym ludzkich dusz. Co wtedy mogła zrobić?
        Wkroczyła na teren szkoły przez potężną, żelazną bramę. Niepewnie rozejrzała się na boki sprawdzając, czy aby na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Chciała choć przez chwilę pobyć sama. Niestety nie dane jej to było, gdyż w oddali pojawiło się zagrożenie, które w szybkim tempie zbliżało się w jej stronę. Nie była ani trochę zainteresowana rozmową z tymi nędznymi podróbami lalek barbie, więc jak najszybciej odwróciła się na pięcie i wbiegła na budynku. Odetchnęła, gdy zorientowała się, że nie idą już za nią. Uśmiechnęła się delikatnie i siadając pod ścianą, wyjęła książkę. Opowiadała ona o świecie pełnym magii. Pięknym księciu, trochę zwariowanych poddanych i wielkich przygodach, oraz przeciwnościach losu z którymi musieli zmierzyć się na co dzień.
Fajnie by było móc się z nimi kiedyś spotkać. Zapewne byłoby to ciekawe. Chociaż nawet tam bym nie pasowała.
        Otworzyła książkę na stronie, na której skończyła czytać.
A, tak. Pamiętam. Wtedy wkroczył książę.
Dumnym kłusem przebył odległość mierzącą go od swojej ukochanej. Zeszedł z konia i ukłonił się szarmancko, na co księżniczka zaśmiała się cichutko.
- Madame, oto jestem. – Ujął delikatnie jej dłoń i ucałował.
- Dziękuję, że mnie ocaliłeś. – Rzekła po chwili, uśmiechając się ciepło. Książę zrobił jeszcze jeden krok. Na twarzy jasnowłosej zawitały rumieńce. Zarzuciła ręce za jego szyję i przytuliła się mocno. Nagle….

- Hej, Rianna! Wchodzimy do klasy! – Rozejrzała się zdezorientowana po wszystkich i z bólem w sercu uznała, że właśnie w tej chwili zaczęła się lekcja. Westchnęła ciężko i chowając książkę do torby razem z innymi weszła do pomieszczenia, w którym miała zacząć się lekcja matematyki.
Właśnie, bo nie ma to jak zaczynać od lekcji matematyki każdego praktycznie poranka. Przecież każdy uczeń o tym marzy aby zaczynać poranek od matematyki, prawda?
        Lekcje jak zwykle się dłużyły, ale dało się przeżyć. Szybkim krokiem wyszła z klasy zadowolona, iż nie ma żadnej pracy domowej. Tryskając radością na lewo i prawo ponownie zagłębiła się w lekturze.
Na czym to ja… a, no tak, już wiem.
Po chwili ich usta złączyły się w pocałunku, którego w tym momencie nie mógł przerwać nikt. Byli tylko oni. Zapomnieli nawet o otaczającym ich świecie. Liczyło się tylko tu i teraz.
    Nagle z nieba zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu, które w chwilę potem tworzyły ogromne kałuże na ziemi.
- Chodź, bo zmokniemy całkowicie. – Szepnęła po chwili księżniczka.
- Stajenny! Zajmij się moim koniem. – Zdążył wydać jeszcze jeden rozkaz, a po chwili zniknął w murach zamku.

(
Stajenny! Jak ja go nie lubię!)
Nagle ukazała się sylwetka chłopaka, którego brązowe włosy opadały mu na bladą twarz. Jego ciemne oczy utkwione były w niewidzialnej istocie, którą widział tylko on sam. Westchnął i podszedł do ogiera, który cierpliwie czekał, aż nim się ktoś zajmie.
- Wybacz, że musiałeś czekać. – Uśmiechnął się delikatnie, zaprowadzając zwierze do stajni. W ten….

Co? Dzwonek?! Już?... Nie…
 Niechętnie zwlokła swe doczesne zwłoki z ziemi i ruszyła za tłumem. Teraz tylko modlić się, aby ta katorga jak najszybciej minęła.
        Ok, skończyły się lekcje. Wreszcie. Spakowała ostatnie książki i poprawiła okulary, które spoczywały na jej nosie i miały usprawniać  widzenie.
Ciekawe, kto wymyślił, że ja mam wadę wzroku, choć wcale jej nie mam.
Wyszła z klasy, po chwili opuszczając szkolne mury. Skierowała się prosto do domu. Po drodze mijałam przeróżne, kolorowe domki, oraz podwórka na których wesoło skakały dzieci.
Też tak chcę…
        Po chwili jej oczom ukazała się sylwetka  domostwa. Szybko pokonała schody i weszła przed drewniane drzwi do środka.
- Ciociu, wróciłam. – Oznajmiła. Od razu jej oczom rzuciła się sterta walizek, oraz kartonów.
- O, Rianna, jesteś. To dobrze. Pakuj się, przeprowadzamy się do innego miasta.
- C-co? Nie, to niemożliwe… Nie chcę! – Wykrzyknęła.
- Nie dyskutuj ze mną. To nie ty o tym decydujesz, tylko ja. – Spojrzała się na szatynkę surowym wzrokiem, jednak dla niej teraz to było tak bardzo obojętne.
- Nigdzie z tobą nie jadę. – Wycedziła przez zęby.
- Słucham?...
- Nigdzie – z – tobą – nie –jadę, rozumiesz? Nie chcę! Tu było nam dobrze! Wreszcie znalazłam jakąś normalną szkołę, w której mam przyjaciół! A ty jak zwykle chcesz to zepsuć!
- Uspokój się, młoda damo! Na górę i pakuj swoje rzeczy.
- Nienawidzę cię! – Krzyknęła, czując, jak łzy same spływają po jej policzkach. Wybiegła z domu, nie zważając na konsekwencje, oraz nie wiedząc nawet, dokąd biegnie.
Powoli zaczynało się ściemniać, a ja uciekłam z domu. Super.
        Dobiegła do jakiegoś lasku, w którym mogła się bezpiecznie skryć. Przystanęła na chwilę, próbując złapać oddech po szaleńczym biegu.
Co ja chciałam przez to osiągnąć? Teraz będę mieć jeszcze większe kłopoty. Czy życie zawsze musi być takie okrutne….
Usiadła na ziemi, wyciągając po kolei napotkane rzeczy w torbie. Jakieś cukierki, książka, wstążki, trochę pieniędzy, komórka, lusterko. Zmrużyła oczy, biorąc do rąk ostatni z napotkanych przedmiotów. Zamachnęła się, roztrzaskując nic nie winne lusterko o ziemię. Podniosła kawałek szkła i obróciłam go parę razy w dłoni.
Jestem szalona…
Zamknęła oczy, jednym, płynnym ruchem ścinając długie włosy. Wyrzuciła szkło i drżącymi rękoma schowała resztę rzeczy do torby. Zdjęła okulary, zostawiając je tutaj. Nałożyła kaptur na głowę i ponownie ruszyła przed siebie.
Jaki był tego cel? Nie wiem, ale przynajmniej mi ulżyło.
       Po jakimś czasie czuła, jak nogi same odmawiają jej posłuszeństwa. Zimno przenikało przez każdą, najmniejszą komórkę w jej ciele, powodując paraliżujący ból. Szybko znalazła byle jakie drzewo i wdrapała się na nie. Czuła, jakby jej palce były z lodu. Schowała ręce do kieszeni kurtki, jednak i to mało dało. Objęła rękami kolana i schowałam w nich twarz. Zamknęła oczy, chcąc, aby ta błoga nieświadomość nadeszła choć na chwilę.
Panie Morfeuszu, ja chcę spać.
Chociaż raz ją wysłuchał....



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz