czwartek, 26 września 2013

Walka

Niebo raz po raz przecinały jasne błyskawice. Groźne burzowe chmury wezbrały się na niebie, z którego zaczęły spadać pojedyncze krople deszczu. Chłopak jadący na koniu nie przejmował się tym. Jedyną myślą, która teraz nie dawała mu spokoju, było to, że może być już za późno. Chciał i miał taką cichą nadzieję, że jednak jego przeczucie okażę się zgubne i zauważy całą i zdrową Ayren siedzącą na koniu, która właśnie wracała do miasta.
        Nagle jego wzrok przykuły ciemne smugi dymu, unoszące się ku górze. Zatrzymał gwałtownie konia i rozejrzał się po okolicy. Gdzieś nad linią horyzontu mignęły mu języki ognia, które unosiły się coraz wyżej. Ruszył gwałtownie, popędzając konia.
Nie... Tylko nie to...Zacisnął pięści, posuwając się naprzód. Czuł, jak powietrze staje się coraz bardziej gorące i parzy go w policzki. W ten otoczyła go ściana żywego ognia, który zachłannie wyciągał ku niemu swe szpony. Ogier Nightmare zarżał przerażony, przebierając szybko kopytami w miejscu, co chwilę stając dęba, jakby chcąc odgonić od siebie śmierć.
- Ciii... Spokojnie. - Dotknął spoconej szyi ogiera, przejeżdżając po niej dłonią. Zwierze zastrzygło uszami, wyłapując uważnie każde jego słowo. Chłopak miał spokojny głos, nie chcąc jeszcze bardziej go spłoszyć.
        Po krótkiej chwili Nightmare stał spokojnie, dysząc głośno. Jego ciało przechodziły jeszcze niekiedy dreszcze, jednak nie rwał się już do szaleńczego biegu.
- Nie bój się stary, przejdziemy przez to razem, jak zawsze. - Szepnął przyjacielowi do ucha. Zwierze zarżało cicho, po chwili ruszając dzikim galopem przed siebie, omijając ognia. Ren uważnie oglądał się na boki, nie chcąc przeoczyć żadnego szczegółu. W ten dostrzegł coś w wysokich trawach. Jakieś ciało, leżące bezwładnie pośród panoszącej się śmierci.
- Ayren! - Krzyknął na tyle głośno, ile mógł. Nic to nie wskórało, gdyż dziewczyna nadal nie dawała żadnych znaków życia. Popędził konia, który przeskoczył przez bramę ognia i gładko wylądował na ziemi tuż obok rudowłosej. Ren zszedł z Nightmar'a i podbiegł do niej.
- Ayren! Obudź się, proszę. - Odgarnął niesforny kosmyk włosów z jej twarzy. Była cała blada. Wziął ją na ręce i razem z nią wszedł na konia. Objął ją w pasie nie chcąc, aby spadła podczas jazdy.
        Nagle z nieba wyrwał się ogłuszający ryk, od którego aż zatrzęsła się ziemia. Szatyn zmrużył oczy, wpatrując się w ciemne obłoki chmur górujących wysoko. Poczuł jak serce podchodzi mu do gardła, a oddech grzęźnie w płucach.
- Ruszaj! - Wydał krótką komendę wierzchowcowi, który zrobił jeszcze jeden skok nad płomieniami, po czym ruszył prostą drogą przed siebie, omijając dalsze przeszkody.
        W ten z nieba ukazała się ogromna sylwetka łuskowatego gada. Wydał on z siebie jeszcze jeden ogłuszający ryk, rozkładając śmiercionośne szpony i rozwierając paszcze.
Mogłem się tego domyśleć... Tylko.. A niech to! Nie dam mu rady na otwartej przestrzeni!- Dalej Nightmare! - Pośpieszył konia, któremu zaczynało po woli brakować sił. - Dasz radę... - Szepnął do przyjaciela. Zwierze zrozumiało przekaz swojego jeźdźca i nie bacząc na przeciwności losu, przyśpieszył.
- Dobry konik. - Szatyn uśmiechnął się nikle, spoglądając na nadal nieruchomą twarz rudowłosej, która spoczywała w jego ramionach.
        Nagle wstrzymał gwałtownie zwierze, które prawie stanęło dęba. Zszedł z jego grzbietu i przymocował do niego nadal nieprzytomną Ayren. Pogłaskał ją po policzku, ponownie odgarniając kosmyk włosów, po czym wydał komendę:
- Nightmare... Jedź... - Ogier zastrzygł uszami i wierzgnął. Nie chciał zostawiać swojego pana samego na pastwę śmierci, która dzisiaj ochoczo zbierała swe żniwa.
- Proszę, to jedyna szansa. - Pogłaskał go po chrapach i uśmiechnął się delikatnie. - Jedź! - Ponaglił go, sam wyjmując miecz z pochwy. Zwierze jeszcze przez chwilę stało i przyglądało się jego poczynaniom, po czym ruszyło przed siebie.
        W tej sytuacji mogło to wydawać się śmieszne i niedorzeczne, że jedna, samotna osoba staje do walki ze smokiem. Wiadomo było, że wynik tego meczu jest przesądzony. Jasne, że się bał. Po prostu strach maskował nienawiścią, która płynęła z jego serca. Jego wszystkie uczucia, do tej pory kumulowane w jednym miejscu, wylały się. W chwilę potem zapomniał o strachu. Był tylko on i smok, który wpatrywał się w niego z żywym zainteresowaniem.
Czy on się chcę ze mną bawić? Nie... Raczej chcę pobawić się MNĄ. Gad przejechał szponami po ziemi, robiąc w niej spore wgłębienia. Szatyn wykorzystał okazje i wspiął się na jego grzbiet, wypuszczając linkę, która przyczepiła się do potwora. Smok machnął jeszcze raz ogonem, chcąc zrzucić go z siebie, jednak nie udało mu się to. Ren wyjął jeszcze jeden miecz i z okrzykiem dzikiej bestii wbił go poczwarze w kobaltowe oko. Smok ryknął przeraźliwie. Jego płacz przepełniony był bólem i nienawiścią do rasy ludzkiej. Polała się krew, która na długo zostanie zapamiętana. Zamachnąwszy się drugim mieczem, wbił go w drugie oko smoka, który zaryczał jeszcze przeraźliwiej. Nagle chłopak straciwszy równowagę, stoczył się z ciała ogromnego gada i zderzył swoje ciało z twardym podłożem. Jęknął cicho, tłumiąc w sobie ból. Szybko jednak wstał i spojrzał na smoka, który wznosząc pysk ku niemu, nadal walczył sam ze sobą, próbując cokolwiek zobaczyć. Krew zalewała mu pysk i skapywała na ziemię. Szatyn nie tracąc więcej czasu, odnalazł niewielki lasek w oddali i szybko podążył ku niemu.
        Będąc na miejscu, skrył się za drzewem, łapiąc oddech. Osunął się na ziemię i spojrzał na swoje ubrudzone krwią dłonie, które nadal drżały.
Niech to... Pewnie zaraz mnie wywęszy... Stępiłem wszystkie miecze... Wyjął ostatnie ostrze z pochwy i przez chwilę spoglądał się we własne odbicie, które w nim ujrzał. Nie myśląc długo, odrzucił miecz na bok, który z brzdękiem odbił się od ziemi.
A więc tak zginę... Nagle usłyszał znajome mu rżenie. Uniósł zaskoczony głowę i ujrzał przed sobą dumnie stojącego Nightmar'a. Wstał chwiejnie i podbiegł do niego.
- Hej, stary... Co się stało? Gdzie masz Ayren? - Pogłaskał go po szyi. Ogier zarżał cicho.
- Rozumiem, pewnie jest bezpieczna... - Odetchnął z ulgą, po czym wsiadł na jego grzbiet. Razem wyjechali z lasu, omijając nadal gniewnie ryczącego smoka. Gad, gdy tylko ich wyczuł, ruszył w szaleńczy pościg na oślep, zrównując z ziemią wszystko co napotka na swej drodze.
- Szybciej, szybciej... - Popędził ogiera, nachylając się nad nim. W ten zauważył przed sobą przepaść. Nie myśląc nic więcej podążył w jej kierunku. Będąc dostatecznie blisko... po prostu skoczył, nie przejmując się, że leci w dół tam, gdzie rwąca rzeka niesie ze sobą trupy.

2 komentarze:

  1. *.* Aż mi dech w piersiach zapiera bezcenna atmosfera! ;*
    I nadal oddychać spokojnie nie mogę,
    gdy bohatera losy nie przezwyciężone,
    czekam więc wielce na twe wyjaśnienia! ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Kyaa!` Ten początek! Ahh.. Po prostu wielbię i składam pokłony!
    Jeszcze hiperwentyluje przez nos i próbuje skrócić mój żywot, dławiąc się własną pięścią. Te emocje, te wybuchy! < nie dobra żartuje>
    Jednakże czekam z niecierpliwością na kontynuacje :3

    OdpowiedzUsuń