czwartek, 26 września 2013

Pracowity dzień

To miał być właśnie ten dzień, który jest najzwyklejszy ze wszystkich i nic możliwie ciekawego miało się nie stać. Na kobaltowym niebie powoli mknęły stada białych obłoków, przez które prześwitywały ciepłe promienie słoneczne. Idzie wiosna. Pora roku, gdzie natura budzi się do życia. Wszystko rozkwita w jasnych barwach i zmienia się na lepsze. Właśnie tak miało być.
                              
                                                                                ~♦~


   Blondwłose dziewczę o błękitnych, wesołych oczach przemierzało uliczki miasteczka Rose. W dłoni kurczowo ściskała ramię od wiklinowego kosza, w którym spoczywały owoce, oraz świeże pieczywo. Uśmiechała się wesoło, machając w kierunku tak dobrze znanych jej twarzy, które mijała.
- Dzień dobry, panie Jean.
- O! Keyli, witaj. - Starszy pan z poczciwym wyrazem twarzy, oraz szarych, mądrych oczach uśmiechnął się do dziewczyny. - Jak mija ci dzień?
- Wyśmienicie, a panu? Widzę, że zdrowie już dopisuje. Tak trzymać! Musi mnie pan przecież jeszcze z dziesięć razy ograć w karty. - Zaśmiała się cicho, ruszając dalej przed siebie. Zdążyła jeszcze odmachać staruszkowi, który z widoczną poprawą humoru odwzajemnił gest, idąc w swoją stronę.
       Gdy dotarła na miejsce, zauważyła przed piekarnią dobrze znaną jej osobę. Szatynka z widoczną determinacją w oczach zamiatała wejście do sklepu denerwując się z ciągłego kurzu, który ani to chciał opaść.
- Daj spokój, Ria. - Machnęła ręką blondynka, kręcąc z politowaniem głową. - Tego dziadostwa się nie pozbędziesz. Jest wszędzie i będzie wszędzie. Nawet na twoim nosie. - Zaśmiała się i tyknęła palcem wskazującym nos zdezorientowanej szatynki.
- Ty jak zwykle pozytywna. Chciałabym taka być jak ty. - Uśmiechnęła się delikatnie, odkładając miotłę.
- Nauczyłam się tego po stracie wszystkich. - Wyznała po chwili Keyli, uśmiechając się chłodno i spuszczając wzrok. - Od dziecka wychowywałam się sama. Nie znałam swoich rodziców. Ponoć zginęli, gdy byłam mała. Nie pamiętam ich i nie czuję do nich żadnej specjalnej więzi. Wtedy spotkałam pierwszych i prawdziwych przyjaciół. To oni przygarnęli mnie z ulicy. Staliśmy się wtedy jedną wielką rodziną. Jak w rodzinie: są kłótnie, sprzeczki, jednak zawsze jakoś dawaliśmy radę. Wtedy... Przyszedł smok. Zabił wszystkich. Znowu zostałam sama. Wtedy poznałam Ayren i Rena. Jak się okazało, oni również nie mieli kolorowego życia. Postanowiliśmy razem walczyć ze smokami i w wieku dziesięciu lat staliśmy się Pogromcami smoków. Dokładnie wiedzieliśmy czego chcemy. Nie, to nie była zemsta. Chcieliśmy pomagać innym, którzy zaznali tego samego cierpienia. Teraz rozumiesz, mam rację? - Spojrzała się na brązowowłosą, która przez ten cały czas słuchała jej z wielkimi oczami.
- Wybacz.. Ja.. Nie wiedziałam...
- Nie szkodzi. - Odparła już wesoło Keyli, łapiąc Rianne za rękę. - Obiecaj mi chociaż jedno. - Spojrzała jej prosto w szmaragdowe oczy. - Nie zgiń. Żyj i nie umieraj.
- Obiecuję. - Odparła po chwili brązowowłosa, kiwając głową. Wiedziała, że to co mówi blondynka ma głębsze wyznanie i bardzo jej na tym zależy. Uśmiechnęła się i zasalutowała. Keyli zaśmiała się cicho. Nagle obie usłyszały stukot końskich kopyt. Odwróciły się instynktownie za siebie i ujrzały Ayren, galopującą na grzbiecie ogiera.
- Ayren! - Wykrzyknęła Keyli na powitanie przyjaciółki. - Chcesz kupić pieczywo? A tak w ogóle, to co robisz na koniu?
- Jadę na północny zachód, za odległy las. Muszę coś przekazać. Możliwe, że nie zdążę na nasze spotkanie.
- No dobrze, przekażę Renowi. Uważaj na siebie!
- I kto to mówi... - Mruknęła i zaciągając wodzę, odjechała. Przez jeszcze dłuższą chwilę milczały obie milczały, wpatrując się w miejsce, z którego odjechała rudowłosa.
- O co jej chodziło? - Zagadnęła po chwili Rianna.
- Hm? - Blondynka spojrzała się na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem.
- "I kto to mówi?"....
- Heh... Wiesz, gdyby nie moja umiejętność, już dawno by mnie tu nie było, a nawet byś mnie nie poznała. - Uśmiechnęła się tajemniczo, wchodząc do sklepu. Szatynka podążyła za nią.
- A-ale! Nie rozumiem... - Mruknęła.
- Wybacz, nie mogę ci na razie powiedzieć. Za krótko tu jesteś. - Westchnęła. - Obiecuję, że kiedyś wszystko ci wyjaśnię. A teraz idź za ladę robi dobre wrażenie! - Popchnęła ją w stronę lady, zza której miała rozdawać ludziom świeże pieczywo. Rianna pokręciła z politowaniem głową i nie mając innego wyboru podążyła w kierunku swojego miejsca pracy, a raczej została zmuszona do tego. W tym czasie Keyli zajęła się rutynowym sprzątaniem sklepu. Czyściła pułki i zmiatała kurze. Nawet szatynka widziała w jej ręce miotłę, która ruszyła w obroty razem z nią samą.
       Szatynka zwiesiła głowę, chcąc policzyć zarobione pieniądze, jednak uniemożliwiły jej w tym włosy, które opadły na jej twarz.
- Kurcze. - Syknęła pod nosem. Blondynka podeszła do niej, tykając w ramię.
- W porządku? - Spytała, nachylając się ku niej.
- Tak, tak.. Tylko te włosy. - Westchnęła. - Kiedyś miałam dłuższe, teraz mam do ramion. Ciągle mnie irytują.
- Rozumiem. - Uśmiechnęła się i bez słowa ujmując kosmyki jej brązowych włosów spięła spinkom. - Tak chyba będzie lepiej.
- Dziękuję.... - Mruknęła po chwili zdziwiona Rianna przejeżdżając palcami po włosach.
- Nie ma za co! Przynajmniej teraz nie będą ci przeszkadzać. - Puściła do niej oczko i ponownie zabrała się do swojej pracy.
        Po jakimś czasie porządki zostały uznane za zakończone. Obie dziewczyny wykończone pracą przysiadły na schodkach prze sklepem. Napawały się widokiem słońca górującego wysoko na płaszczyźnie nieba, oraz delikatnym wietrzykiem, który głaskał ich twarze.
- Ładnie, co? - Uśmiechnęła się delikatnie Rianna.
- Taaa... Ładnie. - Westchnęła blondynka, jedząc kawałek pieczywa, który spoczywał w jej dłoni.
- Hej dziewczyny... - Nagle ni z tond, ni zowąd usłyszały głos.
- O! Ren! Hej! - Zaśmiała się Keyli, wręczając mu bułkę.
- Nie, dzięki. Nie jestem głodny. A gdzie macie Ayren?
- Aaa właśnie, kazała ci przekazać, że jedzie na północny zachód, za odległy las. Musi przekazać jakąś ważną wiadomość. - Wyjaśniła Keyli. Chłopak przez chwilę bez sensu wpatrywał się pusto w ziemię nie odzywając się ani słowem. Dopiero po chwili odzyskując trzeźwy rozum, nawet nie żegnając się z dziewczynami, odbiegł.
Cholera! Keyli! Czy ty rozumy postradałaś, że dopiero teraz mi mówisz!
Pomyślał, przyśpieszając. Szybko wsiadł na konia i nie dbając o to, że słońce niedługo zajdzie, wyjechał z miasta. Bał się. Nie chciał tego przyznać, jednak bał się, że ją również może stracić. Zacisnął pięści, przyśpieszając.
Jeśli smoki nacierają z zachodu, to oznacza, że powinienem się teraz modlić, aby nie było za późno.
Wyjął z kieszeni srebrny, delikatny łańcuszek. Jedynie to w tej chwili pozostało mu po niej. Zamknął oczy, skupiając się maksymalnie na przedmiocie, który ściskał w dłoni.
Gdzie jest Ayren... W ten w jego głowie ukazał się nieco rozmazany obraz drewnianej chatki, która samotnie stała w środku lasu. Doskonale znał to miejsce. Wiedział już, gdzie ma się udać. Teraz tylko oby nie było za późno.

                                                                          ~♦~


     W tym czasie, do wioski wjechał czarnowłosy chłopak siedzący na koniu, a za nim reszta eskorty. Na płaszczach widniał smok, oraz dwa skrzyżowane miecze. Ludzie rozstępowali się z drogi, chcąc zrobić dla nich przejście. Niektórzy z nich spoglądali z pogardą na Pogromców, inni z dumą.
- Braciszku, patrz! To pogromcy smoków! Ponoć ich symbol na płaszczach, oznacza wolność.
- Świat wolny od smoków, super! - Nagle czarnowłosy usłyszał rozmowę dwójki dzieciaków, które z iskierkami w oczach spoglądały zza ramy okna na konwój. Uśmiechnął się nikle, popadając w zadumę, z której wyrwał go inny głos.
- Sean, nie myśl o tym. Nie przywrócisz ich do życia. Odpuść.
- Wiem. - Odparł chłodno po chwili. Zsiadł z konia, oddając go w dobre ręce, a sam ruszył w kierunku budynku, nad którym widniał szyld pod nazwą "piekarnia". Stanął przed dwoma dziewczętami siedzącymi na kamiennych schodkach, tuż przed budynkiem i uśmiechnął się lekko.
- Kope lat, Keyli. Dawno się nie widzieliśmy.
- Sean! Stary dziadzie! Dobrze, że żyjesz. Ren i Ayren ucieszą się, gdy cię zobaczą. - Wstała i zasadziła przyzwoitego kuksańca w ramię chłopaka.
- Właśnie: Gdzie są Ayren i Ren? - Spytał, nawet nie zwracając uwagi na Rianne, która z wymalowanym skupieniem na czole przyglądała się chłopakowi, który prowadził dialog z Keyli.
- Ayren pojechała na północny zachód. Musiała coś załatwić. Ren? Szczerze - to nie wiem. Przed chwilą był, a teraz go nie ma. Ranyy jaki ten świat jest dziwny.
-.... A żebyś wiedziała, Keyli. - Mruknął pod nosem Sean, spuszczając wzrok. Po chwili westchnął i przez chwilę zatrzymał swój chłodny wzrok na Riannie. Dopiero teraz mogła przestudiować dokładnie rysy jego twarzy. Miał ciemne, głębokie oczy, oraz czarne włosy, które podróżowały gdzieś na cztery strony świata niczym Indiana Jones. Nie zadając więcej pytań, po prostu odszedł, zostawiając je same.
- Keyli... Kto to był? - Spytała po chwili Rianna, spoglądając na swoje dłonie ułożone na kolanach.
- To? Ah, toż to Sean. Był kiedyś w naszej grupie, jednak chęć "zwiedzania świata" uczyniły go zwiadowcą, podróżującym po świecie i szukającym smoków. Wybacz za niego. Po prostu nie lubi zbytnio ludzi. Toż to cud, że w ogóle nas nie pozabijał jak był w naszej grupie. Sama nie wiem, dlaczego taki jest. Może nikt nie potrafi go zmienić. - Westchnęła. - Moim zdaniem, za bardzo ryzykuje. Kiedyś ta cienka linia jego życia, może gwałtownie pęknąć, a wtedy już nikt nic na to nie poradzi. - Westchnęła smutno. - No nic, pomóż mi jeszcze trochę przy sklepie, dobrze? Wybacz, że cię tak ciągam, jednak jesteś w tej chwili jedyną osobą, która chce mi pomóc i ma czas.
- Nie ma sprawy. - Szatynka uśmiechnęła się i obje ponownie weszły do sklepu.

                                                                                 ~♦~


     Powoli zaczynało się już ściemniać. Ciemne chmury, które napływały z zachodu powoli zakrywały płaszczyznę nieba. Szatyn nadal gnał przed siebie, nie zwracając uwagi na silny wiatr, który próbował go zatrzymać. Wiedział, że teraz nic nie może go zatrzymać. Nawet wiatr.
       Gdy teraz tak myślał o tym wszystkim, przypomniał sobie, że to dzisiaj wraca ekipa zwiadowców, które wyruszyli miesiąc temu i w których ekipie był Sean. Na samo wspomnienie o starym znajomym na jego usta wpłynął lekki uśmieszek. Pamiętał, jakby to było wczoraj.
- Głupek! Ty nigdy nie będziesz taki silny, jak ja! - Czarnowłosy chłopczyk przyciskał do ziemi drobnego szatyna, którego policzki były całe czerwone od nadmiaru wysiłku, oraz braku powietrza. Zepchnął on z siebie w końcu bruneta i spojrzał się gniewnie w jego ciemne, nic nie wyrażające oczy.
- Żebyś wiedział, Sean. Kiedyś, gdy zostanę prawdziwym Pogromcą Smoków, pokonam cię przy wszystkich!
Rozumiesz?! - Wykrzyknął czując, jak złość kumuluje się w nim.
- Będę na to czekał, Ren. - Uśmiechnął się jadowicie. Przez chwilę mierzyli się jeszcze spojrzeniami, z których biły błyskawicę, a po chwili obaj przybili sobie piątkę.
Szatyn jadący na koniu zaśmiał się cicho, spoglądając w niebo.
- Jak wrócę żywy, pokonam cię, Sean. - Powiedział sam do siebie, jadać dalej przed siebie w nieznane. W końcu musiał kogoś odnaleźć.


    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz